Translate

sobota, 6 grudnia 2014

Impossible

                                                           Rozdział  XIII

    Po raz ostatni spojrzałam na jego idealnie wyprofilowaną twarz. Tyle razy go widziałam, w różnych momentach jego i mojego życia, naszych wspólnych sukcesów i niepowodzeń, w chwilach radości i bólu, ale teraz nie mogłam rozszyfrować żadnej z tamtych twarzy. Jakby były stare i zamazane. Teraz nie widziałam tajemniczego i aroganckiego Dave'a, zamiast niego widziałam dojrzałego mężczyznę i cokolwiek, by się nie stało właśnie tak go zapamiętam. Gdyby teraz ktoś wszedł do pomieszczenia z jego mowy ciała nie można, by było nic wywnioskować, jedynie z oczu przysłoniętych gęstą czupryną można było rozszyfrować jak obecnie się czuje, jak targają, nim emocje, jak bardzo jest zdeterminowany, żeby nas uratować.

- Jeśli będzie już za późno.., jeśli..nie uda Ci się nas uratować, obiecaj mi, że uratujesz, chociaż siebie..że nie zaprzepaścisz tego czego już my nie będziemy mieć i uratujesz siebie..i proszę, nie obwiniaj się, za to co się stanie, nie chcę żebyś przez resztę życia cie-erpiał..- Głos mi się załamał, a po policzku płynęła już łza..spojrzałam na osłupiałego po moich słowach Dave'a.
- Uratuję was i siebie, o to możesz być spokojna. - Powiedział, z niebywałą determinacją,
- Ale..- Zaczęłam, oczywiście nie mogłam dokończyć.
- Nie ma żadnego "ale" uratuję nas, choćbym musiał zawrzeć pakt z samym Lucyferem. Uratuję nas i jestem o tym święcie przekonany.- Złapał mnie za rękę w pocieszającym geście, po czym wyjął z kieszeni spodni pierścionek i włożył mi na palec. - Pierścień rodowy naszej rodziny, chciałbym żebyś go zatrzymała. Kiedyś mi pomógł, czas już, żeby znalazł nowego właściciela.- Uśmiechnął się blado.
- Dziękuję, za wszystko.- Odpowiedziałam, a mój głos rozniósł się echem po sali, rozbrzmiewając w mojej głowie jakbym to nie ja mówiła, tylko jakaś osoba znajdująca się wewnątrz mnie.

    Nie myśląc o tym wszystkim co mnie przytłaczało, skupiałam się na tym co się dzieje za ścianą, ciche, cierpkie wymiany zdań z których nic nie da się odczytać i odgłosy kroków. Chwileczkę...kroków?! Błyskawicznie odsunęłam się od Dave'a i na tyle, ile mogłam starałam się aby moja twarz nie odzwierciedlała żadnych emocji. Po chwili drzwi otwarły się z hukiem i do sali wszedł Evad.
-No no braciszku, słyszałem, że wybierasz się w Alpy? Tylko pamiętaj, że masz zdobyć podwójną porcję, po księgę na nieszczęście wybieramy się razem.
- Razem?
- Taka wola wuja, "w końcu ktoś musi wszystkiego dopilnować", a teraz zbieraj się i wyjdź. - Po chwili, która trwała dla mnie wieczność wyszedł.- Księżniczką zajmę się osobiście. - Zilustrowałam go najbardziej pogardliwym wzrokiem na jaki było mnie stać, najwidoczniej rozbawiło go to, bo zbliżał się do mnie na zdecydowanie niebezpieczną odległość. Wzrokiem rozglądałam się po sali w celu znalezienia potencjalnej broni, oczy stanęły mi na stole, gdzie obok wyłożonych owoców spoczywał cieniutki, ale bardzo długi i ostry nuż. Bez zastanowienia chwyciłam go, po czym wstałam i ustawiłam się w geście bojowym, z równie zaciętym wyrazem twarzy.
- Naprawdę myślisz, że taki nożyk jest w stanie powstrzymać mnie przed czymkolwiek?  

     Zdecydowanym ruchem chwycił za ostrze, po posadce rozlała się jego czarna, szkarłatna krew. W nadziei spojrzałam na twarz, której nie wykrzywiał grymas bólu.No to już po mnie. Bez zastanowienia chwyciłam krzesło znajdujące się obok i rzuciłam przed siebie, a potem kolejne i kolejne, żeby zwiększyć dzielący nas dystans. No i przy okazji spotęgować swoje szanse na ucieczkę. Po chwili zmagań jakim było rzucanie krzeseł spojrzałam na skamieniałego Evada, który stał i przyjmował kolejne ataki, nic sobie z nich nie robiąc. Rozzłoszczona chwyciłam miskę z owocami i trzepnęłam nią w Evada. Ani drgnął. Jedynie kącik jego ust uniósł się tworząc kpiący uśmieszek, nieszczery, nasiąknięty jadem. Palce zacisnęłam w pięści, tak, że pobielały mi kostki, starałam się nie myśleć irracjonalnie, babcia zawsze mówiła, że "z każdego problemu istnieje rozwiązanie". Nie, stop, przecież to kolejne kłamstwo.

- No dobrze, koniec już, zdążyłaś już chyba zauważyć, że nie uda Ci się nic zrobić. Lepiej, żebyś się z tym pogodziła.- Jego głos rozbrzmiewał echem i niczym szpilki boleśnie wbijał się w moją podświadomość. Przed oczami przemijało mi życie, jak w filmie, klatka po klatce.
I nagle mnie olśniło
-Immobilitate!*- Krzyknęłam a z moich palców wydobyły się oślepiające, błękitne iskry. Po chwili uformowały się one w kształt kuli. Z impetem owinęły całe ciało Evada czyniąc go skamieniałym. Ostatnią rzeczą jaką zapamiętałam był jego zdezorientowany wzrok.
Później uciekłam.
                             
                                                              *Oczami Dave'a*

    Po wyjściu z jadalni nie mogłem pozbierać myśli. Czy dobrze robię ryzykując swoje i ich życie? Właściwie nawet, gdybym tego nie zrobił i tak zabiliby nas wcześniej czy później. I jeszcze te parszywe kłamstwa, kogo on oszukuje? Siebie? Wysyła mnie w alpy, ponieważ chce abym przy następnej fazie zadania nie zginął. Co za bzdety. Nigdy się mną nie interesował, dla czego miałoby się to zmienić? Każde jego słowo to łgarstwo i nic nie znaczący stek bzdur. Ja muszę zrobić tylko jedno, wyeliminować i jego i Evada.

   Dotarliśmy do wielkich, starych, drewnianych drzwi. Widać było, że czas ich nie oszczędzał, od drewna odchodziła wyblakła czerwona farba. Było to dość zastanawiające, zważywszy, że wszystko, co znajdowało się w pałacu było nowe, sprawiało wrażenie jakby nikt wcześniej tu nie mieszkał, a nawet nic nie ruszał. Za to te drzwi diametralnie różniły się od wszystkiego co tu widziałem. Były tajemnicze i skrywały to czego wolałbym nie wiedzieć. Po chwili Thres otworzył gwałtownie drzwi i gestem ręki nakazał abym wszedł do środka.

-Tylko uważaj, jest stromo.- Poinformował mnie, po czym zapalił przyczepioną do ściany pochodnię i kierował się w duł po krętych, stromych schodach. W powietrzu unosił się silny zapach stęchlizny, starości i wilgoci dając iście duszący zapach. Schodząc tak kilkadziesiąt metrów w duł starałem się być jak najbardziej przyczepionym do wilgotnej ściany. Gdy w końcu dotarliśmy na normalny grunt odetchnąłem z ulgą, lecz był to dopiero początek przeszkód jakie na mnie czekają.
 
    Znajdywaliśmy się w czymś w rodzaju wielkiego, starożytnego więzienia. Z zatrważającą ilością lochów, nie wspominając o nieskończonej ilości krętych korytarzy. Ściany wykonane były z bloków kamiennych, które pod wpływem czasu skruszyły się. Dzięki czemu można było zauważyć w wielu miejscach ubytki o różnych wielkościach i głębokościach. Sufit, uformowany był w kształt łuku, na którym przyczepionych było wiele pajęczyn. Po chwili poczułem jakiś ruch w okolicy kostki. Zdezorientowany spojrzałem w duł, była to mała, szara myszka.
-Widzę, że lubisz zwierzaki?- Skrzywiłem się.
- Nie przeszkadzają mi. - Wzruszył ramionami, po czym otworzył najbliższy loch i wszedł do środka. Po chwili wracając z niewielką, czarną walizką którą mi wręczył. - Są tu wszystkie wskazówki dotyczące drogi do czarodzieja. Ah tak, czarodzieje nie robią nic za darmo, weź to, na pewno mu wystarczy. - Wyciągnął z kieszeni potężny worek ze złotymi monetami, po czym podał mi.- No, to powodzenia, siostrzeńcze.
 
 
_________________________________________________________________________________
*Immobilite- bezruch