Translate

sobota, 6 grudnia 2014

Impossible

                                                           Rozdział  XIII

    Po raz ostatni spojrzałam na jego idealnie wyprofilowaną twarz. Tyle razy go widziałam, w różnych momentach jego i mojego życia, naszych wspólnych sukcesów i niepowodzeń, w chwilach radości i bólu, ale teraz nie mogłam rozszyfrować żadnej z tamtych twarzy. Jakby były stare i zamazane. Teraz nie widziałam tajemniczego i aroganckiego Dave'a, zamiast niego widziałam dojrzałego mężczyznę i cokolwiek, by się nie stało właśnie tak go zapamiętam. Gdyby teraz ktoś wszedł do pomieszczenia z jego mowy ciała nie można, by było nic wywnioskować, jedynie z oczu przysłoniętych gęstą czupryną można było rozszyfrować jak obecnie się czuje, jak targają, nim emocje, jak bardzo jest zdeterminowany, żeby nas uratować.

- Jeśli będzie już za późno.., jeśli..nie uda Ci się nas uratować, obiecaj mi, że uratujesz, chociaż siebie..że nie zaprzepaścisz tego czego już my nie będziemy mieć i uratujesz siebie..i proszę, nie obwiniaj się, za to co się stanie, nie chcę żebyś przez resztę życia cie-erpiał..- Głos mi się załamał, a po policzku płynęła już łza..spojrzałam na osłupiałego po moich słowach Dave'a.
- Uratuję was i siebie, o to możesz być spokojna. - Powiedział, z niebywałą determinacją,
- Ale..- Zaczęłam, oczywiście nie mogłam dokończyć.
- Nie ma żadnego "ale" uratuję nas, choćbym musiał zawrzeć pakt z samym Lucyferem. Uratuję nas i jestem o tym święcie przekonany.- Złapał mnie za rękę w pocieszającym geście, po czym wyjął z kieszeni spodni pierścionek i włożył mi na palec. - Pierścień rodowy naszej rodziny, chciałbym żebyś go zatrzymała. Kiedyś mi pomógł, czas już, żeby znalazł nowego właściciela.- Uśmiechnął się blado.
- Dziękuję, za wszystko.- Odpowiedziałam, a mój głos rozniósł się echem po sali, rozbrzmiewając w mojej głowie jakbym to nie ja mówiła, tylko jakaś osoba znajdująca się wewnątrz mnie.

    Nie myśląc o tym wszystkim co mnie przytłaczało, skupiałam się na tym co się dzieje za ścianą, ciche, cierpkie wymiany zdań z których nic nie da się odczytać i odgłosy kroków. Chwileczkę...kroków?! Błyskawicznie odsunęłam się od Dave'a i na tyle, ile mogłam starałam się aby moja twarz nie odzwierciedlała żadnych emocji. Po chwili drzwi otwarły się z hukiem i do sali wszedł Evad.
-No no braciszku, słyszałem, że wybierasz się w Alpy? Tylko pamiętaj, że masz zdobyć podwójną porcję, po księgę na nieszczęście wybieramy się razem.
- Razem?
- Taka wola wuja, "w końcu ktoś musi wszystkiego dopilnować", a teraz zbieraj się i wyjdź. - Po chwili, która trwała dla mnie wieczność wyszedł.- Księżniczką zajmę się osobiście. - Zilustrowałam go najbardziej pogardliwym wzrokiem na jaki było mnie stać, najwidoczniej rozbawiło go to, bo zbliżał się do mnie na zdecydowanie niebezpieczną odległość. Wzrokiem rozglądałam się po sali w celu znalezienia potencjalnej broni, oczy stanęły mi na stole, gdzie obok wyłożonych owoców spoczywał cieniutki, ale bardzo długi i ostry nuż. Bez zastanowienia chwyciłam go, po czym wstałam i ustawiłam się w geście bojowym, z równie zaciętym wyrazem twarzy.
- Naprawdę myślisz, że taki nożyk jest w stanie powstrzymać mnie przed czymkolwiek?  

     Zdecydowanym ruchem chwycił za ostrze, po posadce rozlała się jego czarna, szkarłatna krew. W nadziei spojrzałam na twarz, której nie wykrzywiał grymas bólu.No to już po mnie. Bez zastanowienia chwyciłam krzesło znajdujące się obok i rzuciłam przed siebie, a potem kolejne i kolejne, żeby zwiększyć dzielący nas dystans. No i przy okazji spotęgować swoje szanse na ucieczkę. Po chwili zmagań jakim było rzucanie krzeseł spojrzałam na skamieniałego Evada, który stał i przyjmował kolejne ataki, nic sobie z nich nie robiąc. Rozzłoszczona chwyciłam miskę z owocami i trzepnęłam nią w Evada. Ani drgnął. Jedynie kącik jego ust uniósł się tworząc kpiący uśmieszek, nieszczery, nasiąknięty jadem. Palce zacisnęłam w pięści, tak, że pobielały mi kostki, starałam się nie myśleć irracjonalnie, babcia zawsze mówiła, że "z każdego problemu istnieje rozwiązanie". Nie, stop, przecież to kolejne kłamstwo.

- No dobrze, koniec już, zdążyłaś już chyba zauważyć, że nie uda Ci się nic zrobić. Lepiej, żebyś się z tym pogodziła.- Jego głos rozbrzmiewał echem i niczym szpilki boleśnie wbijał się w moją podświadomość. Przed oczami przemijało mi życie, jak w filmie, klatka po klatce.
I nagle mnie olśniło
-Immobilitate!*- Krzyknęłam a z moich palców wydobyły się oślepiające, błękitne iskry. Po chwili uformowały się one w kształt kuli. Z impetem owinęły całe ciało Evada czyniąc go skamieniałym. Ostatnią rzeczą jaką zapamiętałam był jego zdezorientowany wzrok.
Później uciekłam.
                             
                                                              *Oczami Dave'a*

    Po wyjściu z jadalni nie mogłem pozbierać myśli. Czy dobrze robię ryzykując swoje i ich życie? Właściwie nawet, gdybym tego nie zrobił i tak zabiliby nas wcześniej czy później. I jeszcze te parszywe kłamstwa, kogo on oszukuje? Siebie? Wysyła mnie w alpy, ponieważ chce abym przy następnej fazie zadania nie zginął. Co za bzdety. Nigdy się mną nie interesował, dla czego miałoby się to zmienić? Każde jego słowo to łgarstwo i nic nie znaczący stek bzdur. Ja muszę zrobić tylko jedno, wyeliminować i jego i Evada.

   Dotarliśmy do wielkich, starych, drewnianych drzwi. Widać było, że czas ich nie oszczędzał, od drewna odchodziła wyblakła czerwona farba. Było to dość zastanawiające, zważywszy, że wszystko, co znajdowało się w pałacu było nowe, sprawiało wrażenie jakby nikt wcześniej tu nie mieszkał, a nawet nic nie ruszał. Za to te drzwi diametralnie różniły się od wszystkiego co tu widziałem. Były tajemnicze i skrywały to czego wolałbym nie wiedzieć. Po chwili Thres otworzył gwałtownie drzwi i gestem ręki nakazał abym wszedł do środka.

-Tylko uważaj, jest stromo.- Poinformował mnie, po czym zapalił przyczepioną do ściany pochodnię i kierował się w duł po krętych, stromych schodach. W powietrzu unosił się silny zapach stęchlizny, starości i wilgoci dając iście duszący zapach. Schodząc tak kilkadziesiąt metrów w duł starałem się być jak najbardziej przyczepionym do wilgotnej ściany. Gdy w końcu dotarliśmy na normalny grunt odetchnąłem z ulgą, lecz był to dopiero początek przeszkód jakie na mnie czekają.
 
    Znajdywaliśmy się w czymś w rodzaju wielkiego, starożytnego więzienia. Z zatrważającą ilością lochów, nie wspominając o nieskończonej ilości krętych korytarzy. Ściany wykonane były z bloków kamiennych, które pod wpływem czasu skruszyły się. Dzięki czemu można było zauważyć w wielu miejscach ubytki o różnych wielkościach i głębokościach. Sufit, uformowany był w kształt łuku, na którym przyczepionych było wiele pajęczyn. Po chwili poczułem jakiś ruch w okolicy kostki. Zdezorientowany spojrzałem w duł, była to mała, szara myszka.
-Widzę, że lubisz zwierzaki?- Skrzywiłem się.
- Nie przeszkadzają mi. - Wzruszył ramionami, po czym otworzył najbliższy loch i wszedł do środka. Po chwili wracając z niewielką, czarną walizką którą mi wręczył. - Są tu wszystkie wskazówki dotyczące drogi do czarodzieja. Ah tak, czarodzieje nie robią nic za darmo, weź to, na pewno mu wystarczy. - Wyciągnął z kieszeni potężny worek ze złotymi monetami, po czym podał mi.- No, to powodzenia, siostrzeńcze.
 
 
_________________________________________________________________________________
*Immobilite- bezruch 

sobota, 30 sierpnia 2014

Impossible

                                                       Rozdział XII

    -Nie, to zadanie zostawiam Evad'owi, gdyby coś się stało Ty jesteś cenniejszy, bo widzisz, gdy ja umrę tobie pozostawię moc. Twój brat jest zbyt porywczy i lekkomyślny, nie zrobiłby z tej mocy pożytku. Twoim zadaniem będzie wyruszenie w alpy po wywar..choć nadal zastanawiam się jak mam was do tego wszystkiego przydzielić.. hm..- Wstał i zaczął chodzić po pomieszczeniu z kąta w kąt tupiąc przy tym butami o marmurową podłogę. Czemu wszyscy myślą, że jak wstaną i zaczną chodzić to wena twórcza do nich nagle napłynie? Jedyne co można zrobić to niepotrzebnie się rozproszyć, z resztą nie tylko siebie.. coraz bardziej to tuptanie działa mi na nerwy.
- Skończysz wreszcie? - Warknąłem w jego kierunku, po chwili można było usłyszeć odbijające się od ściany do ściany echo.
- Hm? Mówiłeś coś Dave?- Spytał jakby nagle obudzony z transu. Świetnie nie dość, że nieświadomie mnie irytuje, to jeszcze ignoruje. Żyć nie umierać.
- Pytałem czy mógłbyś w końcu skończyć chodzić..
- Lepiej się koncentruję jak moje nogi są w ruchu..
- To naucz koncentrować się na siedząco!- Wysapałem.
- No już, nie denerwuj się tak..
- Właściwie, skoro macie zamiar odnaleźć tę księgę to po co chcecie pytać Emily? Przecież wiadome, że nic nie wie, a tym bardziej jej siostra, ona jeszcze tydzień temu nie wiedziała, że ma siostrę!
- Zawsze trzeba się upewnić, po za tym, co się tak o nie martwisz? Przecież wiesz, na czym polega wydobywanie mocy z czarownic..Nie ma szansy żeby to przeżyły..
- O czym ty mówisz..- Zdziwiłem się.
- Arthur ci nie mówił? - Tym razem on się zdziwił.
- Wygląda na to, że zapomniał mi łaskawie wspomnieć..
- Żeby pozbawić kogoś mocy i przypisać ją sobie, trzeba podać osobie eliksir, później poprzez rytuał pozbawić ciało duszy. Ofiara cierpi w niewyobrażalnej agonii, cała moc zostaje wyssana z duszą i krwią, która przechodzi na osobę wykonującą rytuał..- Z każdym kolejnym słowem moje oczy coraz to szerzej się otwierały. Przecież..nie, nie mogę tego zrobić, wolałbym sam zginąć niż je poświęcić. Musi być jakieś wyjście. Myśl, no myśl! Ze zdenerwowania przeczesałem włosy drżącymi rękoma, zaczesując je przy tym do tyłu. Skoro Thres chce żebym wyruszył do czarodzieja, po wywar dla Evada, to, to zrobię.
- Kiedy mam wyruszyć? - Spytałem.
- Teraz.
                                                              *Oczami Emily*

    Obudziłam się z głuchym szmerem w głowie, ile ja mogłam spać? Przetarłam oczy wolną ręką, spojrzałam w miejsce gdzie, ostatnio widziałam Is. Niestety, teraz nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek tam była.
- Gdzie jesteś? Co się z tobą dzieje? - Zadawałam sobie pytania, nie wypowiadając ich na głos. - Proszę, nie zostawiaj mnie..- Rozbrzmiał mój głos po pomieszczeniu, robiąc głuche echo. Brzmiał tak nienaturalnie rozpaczliwie i chrypliwie, jakby ktoś inny mówił za mnie. Po chwili oczy zaszły mi się łzami i patrzałam jak krople spadają na podłogę robiąc malutką kałużę. Rękoma oplotłam ciasno nogi i tak po kilku minutach albo godzinach ponownie zasnęłam.

    Poczułam czyjeś ręce ściskające mnie za ramiona. Zaspanym wzrokiem spojrzałam na stojącą nade mną osobę, czy to.. Dave? Nie, to musi być nadal sen, uszczypnęłam się w rękę. Ułć!
- Co Ty robisz? - Spytał beznamiętnie. A jednak, to nie sen.. w jednej chwili rzuciłam się mu na szyję, przyciskając twarz do jego torsu. Mogłam usłyszeć rytmiczne bicie jego serca..
- Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś..- Szepnęłam.- Dave.. tak bardzo się za tobą stęskniłam..- Ujęłam jego twarz w ręce.
- Jak widać, pomyliłaś mnie z tą gorszą wersją.. ale nie powiem, miłe przywitanie.- Momentalnie odsunęłam się od niego, na co zareagował przerażającym śmiechem, kompletnie nie podobnym do Dave.- Ale do rzeczy, nie przyszedłem tu po to, żeby się z tobą drażnić, musisz udzielić mi ważnych informacji na temat tego jak mamy sporządzić eliksir..
- Jaki eliksir..?- Spytałam w osłupieniu.
- Tylko mi nie mów, że nic nie wiesz, bo w to nie uwierzę.. a z resztą i tak dowiem się wszystkiego..- Podszedł do mnie i złapał za nadgarstek, po czym zaczął ciągnąć w kierunku wyjścia. Gdy próbowałam się wyszarpać z jego uścisku ten przycisnął mnie do ściany kuląc się tak, że miał teraz oczy na przeciw moich. - Jeśli będziesz próbować się wydostać, to spotka Cię kara, a tego nie chcemy. - Powiedział, po czym wysunął ostre jak brzytwa kły. Dwa razy mi nie musiał powtarzać, mechanicznie przytaknęłam głową i już chwilę później szliśmy plątaniną korytarzy w niekończącą się nicość..
 
    Po jakimś czasie krążenia w górę i dół w końcu dotarliśmy do ogromnej jadalni, przy stole znajdującym się na środku już ktoś siedział.
- Teraz? Może dasz mi jakieś wskazówki? Albo, gdzie dokładnie iść? - Spytał się ktoś..
- Radziłbym Ci nie rzucać się na niego, tak jak przed chwilą na mnie..- Szepnął mi prosto do ucha Evad. Podeszliśmy do stołu i zajęliśmy miejsca obok Dave'a i Thres'a jak mniemam. - Wuju, mogę porozmawiać z tobą na osobności? - Po trwającym wieczność ociąganiu się Thres'a w końcu wyszli, pozostawiając mnie i Dave'a samych.
- Pamiętaj, cokolwiek, by się nie stało i czegokolwiek, by Ci mówili nie wierz im, dobrze? Zaufaj mi, mam plan, uratuję nas, tylko proszę, zaufaj mi.- Poinformował mnie na jednym wdechu.
- Co? Jaki plan? - Spytałam.
- Nie mogę Ci powiedzieć, bo mogą Cię przepytać, a wtedy, jeśli się o wszystkim dowiedzą życie każdego z nas będzie wisieć na włosku. Po prostu mi zaufaj i nie wierz w żadne ich słowo. Obiecaj.
- Obiecuję.






środa, 20 sierpnia 2014

Impossible

                                                                  Rozdział XI
     Obudziłem się na czymś miękkim, otworzyłem oczy, wytężając przy tym wszystkie zmysły. Leżałem na wielkim małżeńskim łożu przyozdobionym baldachimem, o wzorzystym, czerwonym kolorze. Wziąłem głęboki wdech, do nozdrzy wpłynął mi zapach silnej stęchlizny zmieszanej z nieprzyjemną wonią fiołków, nie znoszę fiołków. Skrzywiłem się. Delikatnie, na tyle, ile pozwalały mi moje obrażenia podniosłem się na łokciach. Niestety, gdy wampir spożyje mało krwi ( tak jak to było w moim przypadku) nie jest w stanie w pełni się uzdrowić, pozostaje, wtedy osłabiony. Przeczołgałem się na skraj łoża i wolną ręką odsłoniłem zasłonę, tak, że mogłem w pełni rozejrzeć się po pomieszczeniu. Na drugim końcu pokoju stał Thres w towarzystwie mojego domniemanego brata, dyskutowali na jakiś temat zawzięcie.
-.. zajmij się tą drugą, może wyciągniesz z niej jakieś informacje.- Powiedział Thres przeglądając jakąś starą księgę, obłożoną starą popękaną skórą i pożółkłymi stronami. Wertował każdą stronę z taką zaciekłością, że jeszcze trochę a księga znalazłaby się na drugim końcu pokoju.
- I co powiem? " Zabiję cię, jeśli nie powiesz mi jak mamy was zabić." Nie wydaje ci się to śmieszne? To chyba oczywiste, że jeśli nawet wie, jak mamy dokładnie sporządzić wywar to i tak nam tego dobrowolnie nie powie. Tym bardziej, że będzie chciała chronić tą drugą. - Odpowiedział mu z przekąsem Evad.
- Dla tego, jeśli dobrowolnie nam tego nie powie, my ją do tego zmusimy. - Uśmiechnął się chytrze, podszedł do najbliższej pułki na której stało mnóstwo maleńkich, zakurzonych  fiolek. Wziął jedną z nich i podał Evad'owi.
- Jeśli nie będzie chciała współpracować, wlejesz nie więcej niż 3 krople do napoju albo jedzenia.
- I co nam to da?
- Przewagę, wcześniej czy później będzie musiała coś zjeść.- Wzruszył teatralnie ramionami, utrzymując przy tym obojętny wyraz twarzy.
    Evad niechętnie przystanął na tę propozycję, ale w końcu zabrał fiolkę i wyszedł z pokoju. Gdy był przy drzwiach spojrzał na wuja zrezygnowany, westchnął i trzaskając zamknął za sobą drzwi.
    I co mam teraz zrobić? Nawet jeśli rzuciłbym się do drzwi to na drodze stanie mi wujaszek i cały misterny plan szlag trafi. Bezsilny opadłem z powrotem na łóżko.
- Śpiąca królewna już wstała, hm? - Kotara zasłaniająca łóżko nagle się rozsunęła i ukazał mi się wuj z osobliwym wyrazem twarzy, gdy uchwyciłem jego spojrzenie poczułem nieprzyjemny dreszcz. Spojrzałem na niego z taką pogardą i niesmakiem na jaki było mnie tylko stać.
- Widzę, że długo nie piłeś - Wskazał moją posiniaczoną rękę. - Chodź, zejdziemy do jadalni, wyglądasz blado musisz się posilić.
- Co chcesz w zamian?
- Czego mam chcieć? Jesteś moim siostrzeńcem, moim obowiązkiem jest się tobą opiekować - Uśmiechnął się przy tym ironicznie. Jeszcze chwile a wybuchłbym gromkim śmiechem.
- Gdzie byłeś przez te wszystkie lata? Kto się mną opiekował? Wtedy to nie było twoim obowiązkiem, nie obchodziłem Cie i nic się w tej kwestii nie zmieniło. - Ostatkiem sił wstałem i stanąłem naprzeciw wuja. - Z resztą ja również nie jestem Ci dłużny.
-Radziłbym Ci być trochę milszy, inaczej wszystko odbije się na twojej księżniczce..- Spojrzałem w jego oczy, nie wyrażały nic innego niż kpinę i rozbawienie. 
-Coś jej zrobił?! - Krzyknąłem i złapałem za kołnierz jego koszuli przyciskając go do ściany.
- Jak na razie nic, ale dzięki tobie zarobi kilka dodatkowych tortur.. o tak już to czuję..- Roześmiał się ukazując rząd ostrych jak brzytwa zębów. 
-Czego chcesz? Co mam zrobić? - Spytałem przez zaciśnięte zęby. 
-Popracujemy jeszcze nad twoją uprzejmością, ale na razie chodźmy do jadalni, wyglądasz strasznie blado, jestem pewien, że zechcesz coś zjeść.- Otworzył drzwi i gestem ręki zachęcał mnie do wyjścia przodem, niechętnie doczłapałem się w jego kierunku i wyszedłem na korytarz. Szliśmy tak przez plątaninę korytarzy, schodów, mijając co chwila portrety osób o nieznanych mi twarzach. Na suficie wisiały ogromne, bogato ozdobione żyrandole, zaś na podłodze był położony długi ręcznie wyszywany czerwony dywan. 
    W końcu weszliśmy do ogromnej sali, gdzie przez środek przechodził wielki długi stół przystrojony pięknym koronkowym obrusem. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, na ścianach po prawej stronie wisiały różnokolorowe gobeliny, zaś z lewej przez ogromne mozajkowe witraże wlewało się światło, dając nietuzinkowy efekt i charakter całemu pomieszczeniu. Zajęliśmy miejsca naprzeciw siebie, po chwili przyszedł chłopak, niewiele młodszy ode mnie z kryształowym naczyniem jak do ponczu, w środku nie było nic innego jak szkarłatnego koloru krew. Nalał ją do szklanki, po czym mi podał, ukłonił się z gracją i bezszelestnie poszedł w kierunku, z którego przyszedł. Powąchałem zawartość, czy to.. 
-Nie martw się, oddał ją dobrowolnie. - Poinformował mnie łaskawie wuj.
- Nie wątpię. - Wypiłem całość duszkiem i odstawiłem szklankę na miejsce.- Tak więc, czego ode mnie chcesz? Co mam zrobić? I o co chodziło z tym eliksirem?
- Jak wiesz, od wielu lat pragnąłem zdobyć moc tych dziewczyn. Wszystko co mi potrzeba to sposób w jaki mam przygotować eliksir. Istnieją dwa światy, wodny i lądowy, na każdą z nich przypada jedna księga. Jak wiesz, lądową posiadam ja.Wszystko co było mi potrzebne do wykonania rytuału było w niej zawarte, ich rodzice wiedzieli co się kroi i postanowili wykraść mi akurat tą jedną kartkę, która najbardziej mnie interesuje..Oczywiście po tym jak zauważyłem, że owej kartki nie ma, wysłałem za nimi twoich rodziców, resztę już znasz..
- A co z lądowym? Nie wmówisz mi przecież, że nie próbowałeś jej wykraść..
- Tak, próbowałem.. rzecz w tym, że jest to bardzo ryzykowne. Wszystko znajduje się pod wodą, Samo dojście do księgi jest bardzo trudne, pilnują jej bowiem różne morskie stwory. Jest tam ogromna ilość raf, które działają usypiająco na wampiry, czasem nawet zbyt duża ilość może zabić. Cały proces może trwać nawet kilka dni, a jak wiesz.. wampiry tyle nie mogą wytrzymać bez powietrza.. dla tego, gdy kilku moich ludzi nie wróciło przestałem polegać na tej księdze.
- Wampir może przebywać pod wodą kilka godzin.. nie mówiąc o dniach..
- Właśnie, jedyne miejsce,  osoba która jest w stanie sporządzić wywar dzięki któremu można być pod wodą przez prawie tydzień. Trzeba iść wysoko w alpy, następnie dojść do groty mylnej, przejść przez sieć korytarzy aż do wyjścia po drugiej stronie. Stamtąd bardzo łatwo można dojść do groty czarodzieja, który sporządza te właśnie wywary z minerałów zawartych w skałach.
- Mówisz mi to, bo chcesz żebym wyruszył jako kolejny śmiałek?

sobota, 3 maja 2014

Impossible

                                                            Rozdział X 

    Mimo, to walczę, by pozostać przytomna. Ostatkiem sił wytężam wzrok i kieruję go na mojego oprawcę, jest odwrócony tyłem, wydaje mi się, że z kimś rozmawia, ale jestem zbyt ogłuszona, żeby zrozumieć sens tych słów. Powieki mam tak ciężkie, że mam ochotę zasnąć i się nie obudzić, a oddech tak płytki, że wystarczy, żeby ktoś przyłożył mi rękę do ust, a odeszłabym bezpowrotnie. Na ustach wyczułam coś lepkiego, delikatnie przejechałam językiem po wardze, wyczułam słodki, metaliczny smak, krew. Przerażona spojrzałam na odwróconą postać. Wampiry, gdy wyczują krew nie potrafią się opanować przed wypiciem jej. Nagle postać odwróciła się do mnie twarzą. Dave?! Ale.., to nie może być on.. przecież on nam pomagał!
- Nigdy..- Odezwał się mój napastnik. Usłyszałam łamanie się gałęzi pod wpływem czyiś kroków, a następnie urywki rozmowy i walki. Po chwili ktoś upadł, starałam skoncentrować się i wytężyć wzrok na tyle, żeby, chociaż na chwilę wiedzieć co się dzieje, żeby obraz z rozmazanego zmienił się w realny. W końcu udało mi się. Ktoś upadł niedaleko mnie, odwróciłam się na tyle, ile pozwalały mi moje obrażenia, niestety nadal nie mogłam rozszyfrować, kto poległ, ostatkiem sił doczołgałam się do ciała i twarz obróciłam w moim kierunku. Ukazała mi się umazana krwią i posiniaczona twarz Dave'a.Zakręciło mi się w głowie i musiałam podeprzeć się na dłoniach.Ktoś dotknął mojego ramienia, a następnie zacisną rękę, spojrzałam w górę na postać, która miała teraz twarz zakrytą czarnymi, postrzępionymi włosami sięgającymi mu ramion.
- Pokaż się, pokaż mi swoją twarz... - Powiedziałam, ledwie słyszalnie, przez chwilę wahałam się, czy nie powtórzyć, lecz postać wzięła rękę z mojego ramienia i powoli uniosła ją do swoich włosów, a następnie energicznie odgarnął je do tyłu ukazując twarz. Dave. Zerknęłam na Dave'a na ziemi i jeszcze raz na tego, który stał nade mną i przyglądał mi się z zaciekawieniem. Stopniowo wszystko zaszło się czernią.

     Powoli wracam do życia. Głowa mi pęka i zimno mi od bijącej chłodem posadzki. Wróciłam do domu? Nie, za szybko, by się to wszystko skończyło. A, więc, gdzie jestem? Podnoszę powieki i widzę ciemność. Lekko podnoszę się na łokciach, w głowie mi się kręci. Gdzie ja jestem? 
-Emily...?-Słyszę cichy głosik Is. Cieszę się, że żyje.
-Isabell?- Odpowiadam jej i próbuję namacać cokolwiek.
-Tu jestem.- Jej ręka lekko muska moje plecy. Odwracam się i czołgam się w jej stronę. Nagle napotykam opór, metalowe pręty. Czyżbym była w lochu? Tak na pewno, czuje ten zapach stęchlizny i ten chłód..
-Co się stało? Czemu nie jesteśmy w jednym lochu?-Mrużę oczy, by dostrzec coś więcej.
-Sama nie wiem, za dużo nie pamiętam. Ale mi się to nie podoba. Mam skute nogi..
-Ja tak samo..właśnie..nie wiem, ile z tego jest prawdą, ale..widziałam dwóch Dave'ów..
- Masz rozdwojenie jaźni? - Zachichotała.
- Dzięki Is, na tobie zawsze można liczyć. - Powiedziałam z przekąsem.
- Zawsze do usług. A tak na serio , jak mogłaś widzieć ich dwóch? - Zaczęłam jej wszystko opowiadać, mimo przerażającego chłodu i zapachu stęchlizny czułam narastające w niej z minuty na minutę coraz, to większe zaskoczenie.
- A co tobie się stało? Jak tu trafiłaś?
- Nie do końca pamiętam, ale . . jak wybiegłyśmy, to starałam się uciekać, gdzie się tylko dało, nie patrzałam na nic, biegłam, żeby biec i jak najbardziej się oddalić..W końcu, gdy zaczęłam logicznie myśleć, to przypomniało mi się o tobie, no, ale nadal biegłam i wiesz.. jak to ja potknęłam się o coś i upadłam..musiałam uderzyć o coś głową, bo straciłam przytomność..no i obudziłam się.. tutaj. Ciekawe co od nas chcą..
- Nie wiem i szczerze powiedziawszy nie chcę wiedzieć.

                                                   *Oczami Dave'a*

Strzał. Unik. Dwa uniki. Muszę się schować. Ktoś zaszedł mnie od tyłu.
- To będzie ostatni strzał. - Obiecałem sobie. Odwróciłem się twarzą do stojącego za mną napastnika, chciał obejść mnie od tyłu. Strzał. Unik. Upadłem. Chwilowa dezorientacja.
- Paniczu Evad.. Paniczu - Spojrzałem na nachylonego nade mną wampira, który przyglądał mi się z przejęciem. - Nic ci nie jest? Chodź, zaprowadzę cię do komnaty, odpoczniesz trochę i..- Przerwałem mu w momencie, kiedy pomagał mi wstać z lodowatej posadzki.
- Stop, stop, stop. Po pierwsze, jaki paniczu? Po drugie, jaki Evad? - Wampir patrzał na mnie jakbym był skończonym idiotą, lecz po chwili stania i bezczynnego gapienia się na mnie wybiegł z pomieszczenia pozostawiając mnie samego ze sobą. Dziwne..
Wstałem i oparłem się o ścianę z moimi plecami, rozejrzałem się po pomieszczeniu, wszyscy walczyli zażarcie nie zwracając na mnie uwagi. Gdy w miarę doszedłem do siebie ruszyłem do ogromnej dziury pozostawionej oczywiście przez nadprzyrodzoną moc Isabell i wyszedłem na zewnątrz. Wiał przerażająco zimny wiatr, od, którego do oczu napłynęły mi łzy, wziąłem głęboki oddech i starałem się nabrać właściwy trop. Pobiegły w stronę lasu. Szedłem i szedłem szlakiem wyznaczonym przez dziewczyny, gdy nagle poczułem coś wilgotnego na czole.Woda. Z każdą kolejną sekundą padało coraz mocniej, trzeba się pośpieszyć..Doszedłem na początek lasu, dwie rożne ścieżki, dwa różne życia.. Gdzie iść? Nagle usłyszałem czyiś zduszony krzyk, bez zastanowienia pobiegłem lewą ścieżką. Na miejscu zastałem leżącą, najpewniej nieprzytomną Emily, nad nią stał jakiś zakapturzony typek. Chciałem go zajść od tyłu, ale niestety suche liście idealnie mi przeszkodziły..
- Nigdy cie nie uczono, że nie ładnie jest atakować kogoś od tyłu? - Zapytał mnie tajemniczy ktoś oczywiście nadal odwrócony tyłem. Nic nie odpowiedziałem. - Wiesz, że jeśli, by udało ci się mnie zabić, to twój honor byłby z hańbiony? Bracie? - Nagle się odwrócił, ukazując się w całej osobowości. Był mniej więcej mojego wzrostu, tej samej budowy. Miał na sobie czarne jeansowe spodnie, białą koszulę zapiętą na 3/4 guzików tak, że widać było kawałek nagiej klatki piersiowej. Twarz miał częściowo zasłoniętą lekko falowanymi czarnymi włosami, sięgając mu do kości żuchwowej, właściwie, to było widać tylko jego tygodniowy zarost i ironiczny uśmieszek.
- Co jej zrobiłeś?!- Krzyknąłem.
- Spokojnie, wiem, że zależy ci na niej, ale jest tylko lekko ogłuszona. - Spojrzałem na jej twarz, z nosa ciekła jej gęsta ciemna ciecz, krew. - No i parę innych obrażeń..
Wyciągnąłem zza paska sztylet i rzuciłem się na mojego domniemanego brata, ten, jednak zwinnie ominął mnie i zdecydowanym ruchem wbił mi moją broń w brzuch, a następnie podstawił nogę tak, że upadłem nieopodal nieprzytomnej Emily. Ostatnie co widziałem, to jej, ledwie otwierające się oczy..


       

sobota, 29 marca 2014

Impossible

                                                            ROZDZIAŁ IX
                                                                Część II



- Uciekajcie, to pułapka! - Słyszę głos Dave'a, który niesie się echem po przerażająco ciemnej sali. Nagle zapalają się pochodnie, oświetlając przy tym całe majestatyczne pomieszczenie.Czyjeś ręce nagle oplatają mnie w tali, zaciskając się przy tym niemiłosiernie i pozbawiając mnie tchu. Szarpię się, próbuję uciec, ale ręce wokół mojej tali zaciskają się tylko coraz, to mocniej.Słyszę przeraźliwy krzyk Is, sama też mam ochotę krzyknąć. Dave'a ze względu na jego siłę trzyma aż trzech mężczyzn, tak jak ja i Is próbuje uciekać, ale niezbyt mu, to wychodzi. O co tu chodzi?! Nagle zza rogu wychodzi Arthur przytrzymywany, tak jak my wszyscy przez jakiegoś dryblasa. Czemu nic z tym nie robi? Czemu daje się tak pomiatać? Za nimi pojawiają się kolejne postacie, jedną z nich jest moja "babcia", obok niej idzie jakiś mężczyzna ma czarne włosy, jest przeraźliwie blady i poważny, tak jak i wszyscy znajdujący się w tym pomieszczeniu.
-Emily, co tu się dzieje? O co chodzi? - Krzyczy przerażona Is. Chcę jej odpowiedzieć, ale ktoś zasłonił mi usta ręką pozbawiając mnie dopływu powietrza. Podchodzi bliżej i kieruje się w stronę Arthura.
-Dobra robota Arthurze, szybko się uwinąłeś. A teraz..nie będziesz mi już potrzebny. - Znów machnął ręką, a człowiek, który go trzymał dźgnął go mieczem w brzuch. Arthur jęknął z bólu i padł na posadzkę. Spod ciała wydobyła się ciemna krew. W jego oczach dostrzegłam zaskoczenie pomieszane z przerażeniem i strachem. Zaczerpnął powietrza, a potem zamknął oczy i już się nie ruszał. Czy, to znaczy, że nie żyje? Wydałam z siebie zduszony krzyk. "Władca" tego zamku zaczął iść w moją i Is stronę. Zatrzymał się parę kroków dalej i uśmiechnął się.
-Nareszcie, magiczne bliźniaczki. Mające moc na tyle potężną, aby zniszczyć wampiry. Są w mojej pułapce i to ja przejmę ich moc.-Pułapka, Arthur nas wydał? Nie wierzę. Podszedł w stronę Dave'a już trochę bliżej. Stanął z, nim twarzą w twarz.
- A ty mój bratanku. Także zostaniesz zniszczony, bo przecież nie mogę pozwolić byś popsuł moje plany. Albo pozbawił tronu. - Zaśmiał się władczo.
-O czym ty mówisz?! Nie znam cię, ale wiem jedno, że ci się nie uda.
-Już mi się udaje. Jesteście pod moją władzą na moim terenie. Moi poddani zrobią wszystko, co, im rozkażę.-Przypatrywałam się tej wymianie zdań i czułam jak rośnie we mnie złość. Dave zdawał tez już nie wytrzymać, zaatakowałby. Ja też bym, to zrobiła, nie chce stracić mocy i jego, a co najwyżej sama umrzeć. Chwila, czy mi na, nim zależy? Co, jeśli tak, jeśli go pragnę. Nie mogę, to nie wypali. Próbowałam dalej się wyrwać. Ale, to było jak walka z wiatrakami. Chwila, a co z moją mocą? Zastygłam, zamknęłam oczy i skupiłam się na znakach i na tym, że potrzebuje się uwolnić, zadać wrogowi ból. Przeszedł mnie dreszcz, a potem usłyszałam grzmot i huk. Przecież jeszcze nic nie zrobiłam. Otworzyłam szybko oczy i zobaczyłam co się stało. Wszyscy leżeli na podłodze, a dookoła nich tynk. W plecy wiało mi zimny wiatr. Od wróciłam się i ujrzałam dziurę w ścianie. Obok mnie stała jedynie Is oglądająca swoje dłonie. Jej moc się uaktywniła, to wspaniałe. Ale za długo ta satysfakcja nie trwała. Wampiry, Edith i Dave poderwali się szybko. Nastawili kły, ich oczy zaszły się czerwienią. Dave zaczął działaś i rozbrajać jednego po drugim. Więc wszyscy skupili się na, nim.
-Zostawcie go! Brać dziewczyny! Ja się, nim zajmę!-Wykrzyczał wuj Dave, kiedy biegłyśmy do ciała Arthura. Oddychał, ale ledwo co.-Edith! Może ty się nimi zajmij! Przydaj się ma coś!-Rozkazywał dalej. Edith zaczęła do nas biec i strzelać czarami na wszystkie strony. Chciałyśmy zabrać Arthura, ale ona nam, to utrudniała, na szczęście żadna nie dostała zaklęciem. Stanęłyśmy do walki i też powyrzucałyśmy parę strumieni i to celnie. Ale tych wszystkich wampirów było coraz więcej i powoli nie dawałyśmy rady.
-Z-złączcie swoje ręce...-Szepnął, ledwo na wpół martwy Arthur. Zrobiłyśmy jak kazał i nagle między nami powstała silna nie przerywalna więź, zaczęły oplatać nas strumienie różnokolorowych iskierek, gdy całkiem zniknęły zaczęłyśmy rzucać zaklęciami nie zastanawiając się nawet, jaki skutek przyniosą, myślałyśmy tylko o tym, żeby przeżyć. Obok nas, gdy wampirów było już mniej stanął Dave.
-Musicie uciekać. Dam redę, on mnie nie zabije, jestem pewien, a nawet, jeśli, to nic, ważne żebyście żyły.-Powiedział.
-Nie zostawimy cię, a już na pewno nie ja, nie wybaczyłabym sobie, gdyby ci się coś stało..- Powiedziałam, to nagłos? Nie ważne.
-Macie uciekać!!- Krzyknął i, po czym, ledwie uniknął kolejnego ciosu zadanego przez wampira. Speszona pobiegłam do Is i szarpnęłam ją, chwilę później wyszłyśmy przez dziurę w ścianie i byłyśmy już na zewnątrz.Biegłyśmy w totalnych ciemnościach, jak najdalej się dało. Biegłam, dopóki zabrakło mi tchu. Zatrzymałam się i oparłam o drzewo.
-Is, stój muszę złapać oddech...Is..-Nikogo oprócz mnie nie było. Obejrzałam się dookoła i nigdzie jej nie było. Zgubiłam ją, musiałyśmy się rozdzielić.
-Is?!-Zawołałam, ale nikt mi nie odpowiedział.Usiadłam za drzewem i czekałam uspokajając oddech. Poczułam coś wilgotnego na zarumienionym policzku, woda? Z czasem kropel przybywało zamieniając się w porządny deszcz, a tym samym zamieniając piach na moim ubraniu w błoto. Nagle usłyszałam za sobą łamanie się gałęzi. Próbuję uspokoić swój przyśpieszony oddech, bez jakiegokolwiek skutku. Słyszę czyjeś kroki, są coraz bliżej i bliżej, ktoś bierze mnie za ramiona i unosi do góry, a następnie rzuca mną o drzewo jak szmacianą lalką, osuwam się po korze w dół. Czuje rozchodzący się po moim ciele ból. Obraz zaczyna mi się rozmywać, ale, mimo to walczę, by pozostać przytomna...

sobota, 22 marca 2014

Impossilbe

                                                             Rozdział IX


-Arthur równie dobrze może ją tego wszystkiego nauczyć. Nie wiem , co o tym myśleć. Poszperam w papierach, może coś znajdę..- Powiedział, po czym ruszył bezszelestnie w kierunku drzwi, ja zaś stałam i przyglądałam się jego zgrabnym ruchom, wszystko było tak płynne jakby uczył się tego od urodzenia. Zamykając drzwi spojrzał na mnie z tęskniącym wzrokiem. Centymetry dzieliły framugę od drzwi i nagle.. stanął przede mną, czułam jego przyśpieszony oddech na twarzy. No tak.. zapomniałam o jego mocach.. takich nie naturalnych.. Spojrzałam mu prosto w oczy i już wiedziałam, że wewnątrz płonie i nie może tego powstrzymać. Nagle złapał mnie za ramiona, przyparł do ściany i łapczywie wpił się w moje usta, tak jakby ten pocałunek miał być ostatnim w moim i jego życiu. Z każdą kolejną sekundą nasze pocałunki stawały się coraz bardziej namiętne. Jego ręce błądziły teraz po moich plecach i zsuwały się coraz niżej aż doszły do zapięcia od koszulki, powoli wsuwał palce pod przyjemny w dotyku materiał. Moja skóra pod wpływem jego dotyku przyjemnie piekła, a w brzuchu miałam motylki takie od, których mogłabym eksplodować. Wplotłam palce w jego włosy, przyciągając go jeszcze bardziej do siebie i tym samym zmniejszając dzielącą nas barierę do minimum. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z łączącej nas nici porozumienia, która z każdą kolejną spędzoną chwilą zamieniała się w więź, taką, której nic ani nikt nie jest w stanie przerwać.

    Co ty robisz? Zapomniałaś już co on ci wcześniej zrobił?

    Odezwał się w mojej głowie przenikliwy do szpiku kości głosik. Odruchowo odepchnęłam od siebie Dave'a, który właśnie ustami muskał moją szyję. Odsunął się na kawałek, lecz po chwili ponownie wpił się w moje usta przyszpilając mnie jeszcze mocniej do ściany, tak, że ręce miałam lekko uniesione do góry i przytrzymane jego rękoma. Jedyne co mi zostaje, to nogi.. Bezmyślnie uniosłam stopę i z całej siły kopnęłam Dave'a w piszczel. Jego twarz momentalnie stężała, spojrzał na mnie zbulwersowany. Ja zaś uderzyłam go z otwartej ręki w policzek. Po chwili w miejscu, gdzie go uderzyłam powstał czerwony ślad od mojej ręki.
-O co chodzi?- Wściekł się. - Myślałem, że..- Przerwałam mu.
- No, to, źle myślałeś.. - Odpowiedziałam mechanicznie. Rany co się ze mną dzieje?- Wyjdź stąd!-Zażądałam, a on zniknął w jednej sekundzie. Opadłam na łóżko, ale przedtem rzucając poduszką i wszystkim co się dało. Zanurzyłam twarz w poduszce i krzyknęłam. Co ja robię? Przecież, to wampir! On na pewno chce tylko mojej krwi, jemu nie mogę ufać, a co gorsza całować! Ale.. ja do niego coś czuje, podobało mi się, pragnę go, ale nie mogę! Nie! Znów wydałam krzyk, a łzy jakoś same popłynęły. Zwariowałam do końca.Wciąż widziałam przed oczami te scenę, ten pocałunek i to uczucie... miłości, namiętności, jego ciepła i dotyku.Na jego widok nogi mam jak z waty, cała się rumienię, jąkam, a serce bije mi tak szybko, że mogłoby wyskoczyć mi z piersi. Nie!! Boże, co się ze mną dzieje, nie mogę. Nie potrafię..zapomnieć. Może powinnam z, nim o tym porozmawiać, spytać się co tak naprawdę do mnie czuje? Tylko jak to zacząć? I, czy to wszystko, to nie są moje urojenia? Chyba najpierw pogadam o tym z Is, ona jest bardziej doinformowana w tych tematach.Zrezygnowana położyłam się do łóżka, szczelnie okryłam się kołdrą.

    Biegnij, biegnij, biegnij - Tylko ta myśl przychodzi mi przez głowę. Biegnę przez ciemny, wilgotny i przerażający las, niczym z najgorszych horrorów. Potykam się o własne nogi, czuję..czuję, że zaraz mnie dopadną i będzie po mnie. Zdyszana, umazana błotem i mokra od padającego deszczu, kryję się za jednym z drzew. Próbuję uspokoić swój przyśpieszony oddech, bez jakiegokolwiek skutku. Słyszę czyjeś kroki, są coraz bliżej i bliżej, ktoś bierze mnie za ramiona i unosi do góry, a następnie rzuca mną o drzewo jak szmacianą lalką, osuwam się po korze w dół, wszystko staje się rozmazane. 

    Budzę się z krzykiem, cała zalana potem, a wszystkie moje kończyny powyginane są pod różnymi kątami. -To był sen. To był tylko głupi sen. - Wmawiałam sobie.
                                         
                                                *Następnego dnia, Oczami Dave'a*

    Wstałem przynajmniej półtorej godziny przed wszystkimi, to mi musi wystarczyć. Pewnym krokiem ruszyłem do gabinetu, gdzie znajduje się kącik Arthura z różnorodnymi papierami . Mówił mi, że nie ma tam nic ciekawego, chyba że interesują mnie pisma z urzędów i tym podobne. No, to za chwilę dowiemy się, czy, aby na pewno nie ma tam nic ciekawego.. Otworzyłem pierwszy kredens, z górnej półki posypało mi się na głowę kilkadziesiąt zakurzonych kartek. No, to pięknie..Zabrałem się za zbieranie tego wszystkiego. Skarbówka, bank, opłaty..nic niezwykłego.Odłożyłem wszystko na swoje miejsce i z nadzieją zabrałem się do dalszego przeglądania. Po bezsensownych poszukiwaniach, zirytowany odłożyłem wszystko do szafki i ją zamknąłem. Opadłem bezwładnie na krzesło i okręciłem się na, nim. Gdy się zatrzymało przemierzyłem pokój w poszukiwaniu jakiegoś miejsca, gdzie mogłoby być coś ciekawego. Nagle moją uwagę przykuła mała skrzynka przykryta czarnym materiałem. Ostrożnie otworzyłem wieko i zajrzałem do środka.Stary skórzany notatnik, jakaś książeczka, zegarek i..zdjęcie? Zaciekawiony przyjrzałem się głębiej. Fotografia przedstawiała dwóch uśmiechających się od ucha do ucha chłopców, mogli mieć nie więcej niż pięć lat.W tle widać było rozłożysty las oraz zamek, rodem z filmów Tima Burtona. Przyjrzałem się dokładniej twarzą chłopców, każdy z nich miał bardzo ciemne włosy.Te same zgrabne nosy, odcień skóry, usta, wszystko takie same, tylko ich mimika była inna.. niby obydwoje się uśmiechali, ale jeden z nich..tak, parszywie? Kpiąco? Odwróciłem zdjęcie na drugą stronę w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji. Był tam napis, ale zamazany korektorem, dziwne. Czyżby Arthur chciał coś ukryć przede mną? Ostrożnie zdrapałem zamalowaną powierzchnię, napis dla normalnego człowieka nie byłby czytelny, ale oczy wampira są wyostrzone i widzą wszystko. Nawet najdrobniejszy kurz.

    Bracia Creews. 

    Bracia? Ja mam brata? Spojrzałem jeszcze raz na fotografię, a potem znów na napis. Odłożyłem je na bok i zacząłem przeglądać resztę papierów z tego pudełka, gdy usłyszałem kroki na schodach. Szybko schowałem papiery do skrzynki i położyłem na swoje miejsce. Wziąłem do ręki zdjęcie i ruszyłem ku drzwiom, wyciągnąłem rękę ku klamce, lecz ta poruszyła się, zanim ją dotknąłem i do pokoju wszedł Arthur.
-Jak, to wytłumaczysz?- Wskazałem zdjęcie. Widziałem w jego oczach zakłopotanie. Czekałem na wyjaśnienia, ale nastała krępująca cisza.
-No i co nie masz mi nic do powiedzenia?!-Poniosło mnie.
-Dave..
-No co?!- Krzyknąłem.
-Nie unoś się tak, jeszcze obudzisz dziewczyny.
-Nie obchodzi mnie to! Chce wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi.-Rzuciłem mu zdjęciem w twarz.
-Uspokój się..
-To mój brat! Mam brata!
-Ja..
-Tak, czy nie?!
-Tak..
-Okłamywałeś mnie?! Dlaczego nic mi nie mówiłeś?!
-Nie mogłem.. ja..- Wyszedłem trzaskając drzwiami i pozostawiając go samego ze sobą i własnym starganym sumieniem. Przechodziłem właśnie obok pokoju Emily, kiedy usłyszałem dochodzący z niego krzyk. Przeczekałem chwilę, wziąłem głęboki oddech, a następnie bez pukania wtargnąłem do środka.

                                                             *Oczami Emily*

    Drzwi otworzyły się z rozmachem, wszedł przez nie Dave pytając:
-Coś się stało?- Widać było, że jest lekko zdenerwowany. Jego źrenice były rozszerzone.
-A tobie co?- Zapytałam kpiąco.
-Mi? Nic, nic, zbieraj się i budź Isabell, bo zaraz po śniadaniu wyruszamy.- Wyszedł i zatrzasnął drzwi.

    Nerwus... Wstałam i poszłam obudzić Isabell, która z trudem dała się wyciągnąć spod ciepłej kołdry. Wzięłam prysznic i ze wszystkimi torbami zeszłam na dół zjeść śniadanie. Dave miał spuszczoną głowę, a Arthur wyglądał ma przygnębionego. Bałam się odezwać i Is też, od czasu do czasu posyłałyśmy sobie pytające spojrzenia.Nie ma to, jak napięta atmosfera na miłe rozpoczęcie dnia..Po zjedzonym śniadaniu wszyscy wyszliśmy przed dom.
- Dobra, a więc.., żeby dostać się do szkoły trzeba się teleportować..- Zaczął tłumaczyć Arthur.- Zaraz wytworzę teleport, ale najpierw musimy ustalić w jakiej kolejności przechodzimy.. Aha i musimy, to robić po kolei, bo, inaczej może się wam coś stać..i załatwmy, to w miarę szybko, bo, inaczej będę musiał wytworzyć, to jeszcze raz, przy czym stracę sporo energii..Jakieś pytania?- Nastała cisza. - Nie? No dobrze Emily ty przejdziesz jako pierwsza, później Isabell, Dave i ja na końcu.- Odszedł od nas kawałek i wysypywał jakiś proch na trawnik, dziwnie przy tym wymachując rękoma, a po chwili jak zahipnotyzowany powiedział. - Ianuae Magicae - W miejscu, gdzie wysypany został proszek pojawiła się szara, mglista otchłań.-Emily, nie chcę nic mówić, ale powinnaś robić, to szybciej..- Ponaglał mnie Arthur. Wzięłam głęboki oddech, zacisnęłam usta w wąską linię, zamknęłam oczy i skoczyłam w przepaść. Czułam się jakbym latała nie mając skrzydeł. Uniesienie, to uczucie rozpierało mnie od środka..sprawiało, że czułam się wolna i niezwyciężona, jakbym mogła zdobyć na tym świecie wszystko i wszystkich i nic nie byłoby w stanie mi się przeciwstawić. I nagle..upadłam, jak anioł któremu przyszło stanąć twarzą w twarz z szarą rzeczywistością. Powoli otworzyłam powieki i rozejrzałam się po okolicy. Przed oczami miałam ciemność. Czułam przeraźliwy chłód.
- Ale, to było dziwaczne.- Usłyszałam głos Is za sobą, no, to zaraz dołączy do nas reszta.

                                                    *Oczami Dave'a*

    Przygotowywałem się do skoku, gdy zauważyłem, że Arthur idzie do domu.. co jest?
-Ej, kierunki ci się pomyliły? - Krzyknąłem.
-Eh, chodź zaraz ci wszystko wyjaśnię..
-''Wyjaśnisz''?!
-Bo widzisz..pamiętasz jak pojechałem po rzeczy Isabell i Emily?- Przytaknąłem skinięciem głowy. - Czekał na mnie twój wuj, szantażował mnie, że jeśli ich nie wydam, to zabiją mnie, ciebie i je..
- Chcesz mi powiedzieć, że dobrowolnie skazałeś je na śmierć? Jak mogłeś?! - Wrzasnąłem.
-Nie miałem wyboru, gdybym tego nie zrobił tak, czy siak, by nas odnaleźli.
-Zachowałeś się, jak zwykły tchórz, nie chcę cię znać.- Nie czekając na odpowiedz skoczyłem w pozostałości po teleporcie. Już po chwili byłem na miejscu.
- Co tak długo? - Spytały mnie równocześnie, były oddalone ode mnie o kilkanaście metrów. Nagle w ułamku sekundy otoczyły mnie czarne zakapturzone postacie, już wiedziałem co się kroi.
- Uciekajcie, to pułapka!
                                     
                                               
                                                       KONIEC CZĘŚCI I

 
 

sobota, 8 marca 2014

Impossible

                                               ROZDZIAŁ VIII


- Znowu się spotykamy. - Usłyszałem za sobą znajomy głos. Odwróciłem się, niestety nie mogłem dostrzec, kto to był, gdyż postać była zakapturzona, ale domyśliłem się, kto to.
- No, ile, to już czasu się nie widzieliśmy? Rok? Dwa? Może więcej? - Mówił, przy czym krążył po pokoju, a ja stałem w miejscu i patrzyłem na najjaśniejszy punkt w pokoju, kominek. Po chwili zapewne zorientował się, na co patrzę, stanął naprzeciw mnie, światło z kominka wyraźnie podkreślało jego czarną pelerynę. Powoli podniósł ręce nad głowę i zdjął kaptur. Stałem oko w oko z Thres'em Cooper'em.
- Pamiętasz co mi kiedyś przysięgałeś? - Przytaknąłem ze spuszczoną głową.
- A pamiętasz co się dzieje z takimi jak ty? Którzy nie dotrzymali danego mi słowa? - Z przerażeniem na niego spojrzałem, Cooper wydawał się być tym rozbawiony.
- Nie musisz się obawiać, przynajmniej nie teraz. Ostatnim razem dałem ci zadanie, nie wykonałeś go.., bardzo mnie tym zawiodłeś, Arthurze. Mógłbym nawet teraz się z tobą rozprawić, ale jesteś mi do czegoś potrzebny..
- Ciekawe do czego. - Prawie warknąłem.
- Masz przywieźć do mnie całą trójkę. - Wytrzeszczyłem oczy. - Myślałeś, że nie wiem? Arthurze, nie jestem głupi, mam przecież ludzi od..
-.. Od szpiegowania mnie? - Prychnąłem.
- Pamiętaj do kogo się zwracasz. A po za tym, przychodząc do mnie wiedziałeś, na co się piszesz, więc twoje oburzenie jest totalnie nie na miejscu. - Kurde, ma mnie w potrzasku i co ja mam zrobić? Zabije mnie, jeśli mu nie pomogę. Ale zabije Emily i Isabell, jeśli mu pomogę.. Nie! Nawet o tym nie myśl! Musi być przecież jakieś inne wyjście prawda? Moje rozmyślenie przerwał mi Thres.
- No dobra, skoro wszystko już sobie wyjaśniliśmy, to nie będę zawracał ci głowy, w końcu musisz zająć się swoim zadaniem. - Uśmiechnął się parszywie, szedł w kierunku wyjścia, ale w ostatniej chwili zawrócił.
- A i masz trzy dni, jeśli w tym czasie nie zobaczę całej trójki, ja osobiście dopilnuję, aby przybyli, a, wtedy własnoręcznie się z tobą rozprawię. - Zarzekł się i wyszedł trzaskając drzwiami. No, to świetnie, wszyscy jesteśmy w czarnej dupie. Tylko co ja mam zrobić? W sumie, to i tak jakbym ich tam nie przyprowadził oni prędzej, czy później, by nas dorwali, a, wtedy tak, czy siak bylibyśmy martwi. Musi być jakieś inne wyjście..Nie no, w sumie, to nie ma innego wyjścia. Tylko, po co mu Dave? Przecież nigdy mu na, nim nie zależało, fakt faktem jest jego wujem, ale do tej pory nie robił nic, żeby dać mu, chociaż namiastkę tego, że są rodziną. Co on chce od tego dzieciaka? Mógłbym wyliczać tak w nieskończoność, ale mus, to mus trzeba w końcu wrócić.Z powrotem teleportowałem się do domu.
* W tym samym czasie, oczami Emily*
Ktoś krzyknął z kołu, przestraszona zbiegłam po schodach na dół i rozglądałam się po całym salonie. Kto to? Nikogo nie ma.
- Coś się stało? - Ktoś położył mi rękę na ramieniu.
- Aaaa!- Wrzasnęłam bezmyślnie, odwróciłam się i spojrzałam wściekła na rozbawionego Dave'a, ten podniósł ręce do góry w geście '' Rączki przy sobie''
- Czemu się tak czaisz? - Wytknęłam mu.
- Wcale się nie czaję, przyszedłem tylko na kolację. - Ręką wskazał blat, na którym stała szklana butelka z czerwoną zawartością, krew. Zrobiło mi się niedobrze i chyba, to zauważył, bo dodał. - Nie martw się to nie jest ludzka krew, tylko zwierzęca. - Powiedział na swoją obronę, a ja spojrzałam na niego spode łba. - A ty, po co tu przyszłaś?
- Usłyszałam, że ktoś krzyczy..- Przerwał mi.
- To Arthur pojechał po wasze rzeczy. - Wyjaśnił mi.
- A co będzie dalej? Przecież nie możemy ciągle zawracać wam głowy. Po za tym dom rodziców stoi i niszczeje, możemy z Is tam zamieszkać.
- To zbyt niebezpieczne, dopiero co chcieli was porwać, teraz pewnie się tam kręcą wampiry. Nie będziemy ryzykować, zostaniecie u nas.
- Na stałe? - Spytałam z po wątpieniem.
- Jeśli chcesz..- Arogancko się uśmiechnął. Głupi myśli, że dam się nabrać na jego żałosne filtry. Może inne tak reagowały, ale na pewno nie ja..
- Czemu się zarumieniłaś? - Na jego twarzy pojawił się bezczelny uśmiech. - To przeze mnie?
- Przestań już suszyć zęby co? - Zirytowana zakryłam twarz rękoma i poszłam do kuchni, zaczęłam wyciągać produkty potrzebne do robienia kanapek..
- Co robisz? - Spytał Dave siedział teraz na blacie, dokładnie za moimi plecami w ręce trzymał butelkę z krwią którą co jakiś czas pił. Miał od niej soczyście czerwone usta.
- Kolację, jaki widzisz, jak też muszę się w końcu posilić. - Obierałam w tym momencie pomidora ze skóry, aż zachciało mi się rzucić, nim w Dave..
- Mhm.., pomogę ci. - Zgrabnie zeskoczył i pomagał mi w przygotowaniu kanapek, niby nic dziwnego, gdyby nie to , że kroił warzywa obejmując mnie w pasie. Skrępowana wzruszyłam ramionami i opuściłam ręce w dół. On, za to przybliżył się jeszcze bliżej, tak, że czułam jego ciepły oddech na karku.Instynktownie odchyliłam głowę do tyłu tak, że teraz jego broda opierała się na moim ramieniu. Musnął ustami moją szyję..
- Eee, to ja wam nie będę przerywać..- W drzwiach stała speszona Is i wpatrywała się w nas w osłupieniu. To przywróciło mnie do rzeczywistości. Odsunęłam się , jak oparzona od Dave'a. Rany, miałam o, nim zapomnieć! Boże, co się ze mną dzieje?!Chciała już wyjść, ale ja pobiegłam do niej i przytrzymałam nie chcąc, by wyszła. Rany, co ona sobie musiała pomyśleć, zastając nas w takiej sytuacji? Spojrzała na mnie spode łba, po czym wybuchła niekontrolowanym śmiechem.
- Żałuj, że nie możesz zobaczyć swojej miny. - Ciągle rechotała, miałam wrażenie, że jeszcze chwila, a padnie na ziemie i zacznie się turlać.
- Przyszłaś tutaj się ze mnie ponabijać..?-
- W sumie, to przyszłam przeprosić..- Zawiesiła się. Podeszła do Dave'a i wyciągnęła do niego rękę na znak zgody. - Wiem, że źle zrobiłam oceniając cię zbyt pochopnie, przepraszam cię, za to.- Uścisnęli sobie dłonie. Z racji, iż Is nigdy nie przepraszała miała trochę nietęgą minę, ale przez ułamek sekundy w jej oczach dostrzegłam skruchę.
- Przeprosiny przyjęte.
Następną godzinę rozmawialiśmy przy stole i zajadaliśmy kanapki. Naturalnie Dave miał swój specjał.
- W sumie, to, dlaczego Arthur tak długo nie wraca? - Zagadałam.
- Mi też wydaje się to dziwne, zawsze..- Zawiesił się, gdyż ktoś wszedł do środka. Jak się okazało był, to Arthur z naszymi rzeczami. Wydawał się być zdenerwowany, a jego twarz była biała jak pergamin. Z wielkiego wora zaczął wyjmować nasze rzeczy. Co dziwne zabrał ze sobą krzesło od toaletki Is, a mówi się to torebka kobiety jest jak czarna dziura..
- Nic ci nie jest, Artur? - Spytał się go Dave, nic nie odpowiedział tylko dalej wyjmował rzeczy. - Artur! - Przestraszony upuścił moją kosmetyczkę. Na szczęście, że nie Is..
- Wszystko jest w jak najlepszym porządku, o co ci chodzi? - Przy ostatnich słowach się za jąkał.
- Skoro tak uważasz..- Powiedział zrezygnowany Dave. Każdy szedł już do swoich pokoi.
- Właśnie, chciałem wam coś powiedzieć..- Zagadał w ostatniej chwili Arthur. - Jak byłem po wasze rzeczy w okolicy wyczułem obecność wampirów.., musicie pojechać w końcu do szkoły, tam będziecie bezpieczni, a co najważniejsze twoja moc Isabell będzie się mogła uaktywnić.
- A co ze mną..? - Spytał Dave.
- Możesz z nami jechać.
-Kiedy mamy tam pojechać? - Spytałam.
-Macie się stawić w ciągu 3 dni. - Każdy poszedł do siebie. Weszłam do pokoju i nie przebierając się w piżamę padłam na łóżko. Eh..w sumie, to nawet nie muszę się rozpakowywać, zrobię to, jak będziemy na miejscu. Ciekawie jak tam będzie, może poznam kogoś fajnego? Nie wiedzieć czemu przed oczami stanęła mi twarz Dave'a. Rany, co się ze mną dzieje? Nie mogę myśleć o wrogu. Nie mogę. Stop. To nie jest mój wróg. Ale powinien, nim być.Odezwał się cichutki głos w moje głowie. Nie, no zwariuję. Poszłam do łazienki i przemyłam twarz zimną wodą, spojrzałam w lustro. Wszystko we mnie było takie same. Oczy, nos, usta, policzki. Wszystko. A, jednak coś się zmieniło, odkąd dowiedziałam się prawdy. Jakaś część mnie zmieniła się nieodwracalnie. Stałam się..nieufna? Tak, to chyba, to. Gdy już się odświeżyłam poszłam do pokoju oczywiście jak to ja zapomniałam piżamy i musiałam paradować w samych koronkowych figach i staniku.
- Cholera, gdzie jest ta przeklęta piżama?! - Przeklęłam pod nosem. *Puk, Puk* To pewnie Is, przyszła jak zawsze pogadać. - Wchodź!- Krzyknęłam bezmyślnie, odwrócona tyłem do drzwi, dalej szukałam w stosie z moimi rzeczami piżamy.
-Fiu Fiu - Zagwizdał ktoś. No, nie, nie mówcie mi, że to..- Jak dla mnie możesz tak zawsze się ubierać. - Odwróciłam się, za mną stał Dave, z bezczelnym uśmieszkiem na twarzy. Skrępowana wzięłam najbliższą bluzkę i założyłam ją z prędkością światła. On, jednak dalej lustrował każdy centymetr mojego ciała.
- Potrzebujesz większej miary? - Prawie warknęłam. - Po raz kolejny pytam. Po co tu przyszedłeś?
- Nie wydaje ci się to wszystko dziwne? - Usiadł na łóżku, zrezygnowana poszłam w jego krok.
- Co na przykład?
- Arthur wrócił dzisiaj taki zdenerwowany.., nie wydaje ci się dziwne, że od razu wyskoczył ze szkołą? Dom jest całkowicie bezpieczny, zabezpieczał go tymi wszystkimi czarami.. nikt poza, nim nie jest w stanie obalić takie zaklęcia.
-Niby tak, a co z Is? W tej szkole ma rozwinąć swoją moc..
-Arthur równie dobrze może ją tego wszystkiego nauczyć. Nie wiem, co o tym myśleć. Poszperam w papierach, może coś znajdę..

sobota, 1 marca 2014

Impossible

                                         ROZDZIAŁ VII


    Drzwi otworzyły się, do pokoju ktoś wszedł. Niestety, było zbyt ciemno bym mogła dostrzec, kto to. Zakładałam, że to Is, pewnie nie może spać i przyszła pogadać. Chociaż miałam pewne wątpliwości cień był o wiele większy od drobnego ciała Is.. Tajemnicza postać przybliżyła się na niebezpieczną odległość.
- Widzę, że nie śpisz. To dobrze, bo nie chciałem cię obudzić, zwłaszcza że wiem jak byś zareagowała. A tak, to.. - Głos należał do Dave. Czy ten koleś da mi kiedyś spokój? Przewróciłam teatralnie oczami i wzrok pokierowałam znowu na wyłaniający się zza drzew księżyc. Czułam jak podchodzi i siada naprzeciw mnie, kontem oka dostrzegłam, że ma na sobie tylko spodenki od dresu. W sumie nie mam co się mu dziwić, sama byłam w bieliźnie.. Spojrzałam na jego nagi tors, taki wysportowany..Trochę się krępowałam i chyba, to wyczuł, bo się lekko uśmiechnął.
- Po co w ogóle ty przyszedłeś? - Zapytałam, błądząc wzrokiem po krajobrazie malującym się za oknem.
- Porozmawiać. - Swój wzrok skierował na mnie i wertował każdy centymetr mojego ciała. Czułam jak twarz zalewa mi się soczystym rumieńcem.
- To moja sypialnia. Powiedziałam stanowczo, starałam się na niego nie patrzeć, ale jak zwykle nie mogłam się oprzeć.
- Coś Ci nie wyszło, to mój dom. - Szepnął mi prosto do ucha, wyczułam, że jest tym wszystkim rozbawiony. Rany znowu miał rację.
- Ale i tak nie powinieneś tak bez zapowiedzi wchodzić..- Skarciłam go. - Po co przyszedłeś? - Znowu spytałam. Zrobiłam, to zbyt nagle i pewnie zabrzmiało, to błagalnie. Jego obecność dziwnie na mnie działała. Chciałam, to wszystko jak najszybciej zakończyć.
- Chciałem pogadać, no wiesz, o tym wszystkim..
- Więc? - Spojrzałam w jego oczy. Ciepła fala przeszła przez moje ciało. W świetle księżyca był.. przystojny.. Chwila.., czy on mi się podoba..? Niee. Nie mogłam się zauroczyć w kolesiu, który o mało co mnie nie zabił. Dwa razy! W sumie, to raz mnie uratował.. No i tłumaczył mi, że to co się stało w szkole.., że tego nie kontrolował. Wygląda na to , że chciał mnie skrzywdzić. A ja go tak okrutnie traktowałam. Zrobiło mi się cholernie przykro. On naprawdę jest inny. A ja głupia dopiero teraz przyjęłam, to do wiadomości.
- Halo? Słyszysz mnie w ogóle? - Pomachał mi ręką przed twarzą. Jego słowa powoli do mnie docierały. Musiałam stracić na chwilę kontakt z rzeczywistością.
- Przepraszam, coś mówiłeś? - Spytałam łagodnie. Opanuj się.
- Po pierwsze chciałem powiedzieć jak zapobiegłem twoim dreszczom. I czemu je w ogóle miałaś.
- No, to słucham. - Oparłam się o ścianę i wyczekiwałam na odpowiedz.
- Arthur ci pewnie opowiadał o tym, że wampiry, jak i czarodzieje są obdarzeni różnorodnymi mocami, że każdy ma inny dar. Ale jest coś jeszcze, każdy wampir może czytać w myślach, kontrolować je, a nawet kazać delikwentowi robić to, co zechcesz, a to wszystko może się zadziać tylko wtedy, gdy ktoś spojrzy prosto w oczy wampirowi. Oczywiście, inaczej dzieje się w przypadku czarodziei. Sama zauważyłaś, że gdy patrzałaś na mnie miałaś te dziwne dreszcze. Opowiedziałem o tym Arthurowi, pomógł mi załagodzić, to wszystko.
- No dobrze, rozumiem, że Arthur ma za zadanie wszystkim pomagać. A jaką Ty masz rolę?
- Mam pomóc Ci się odnaleźć. Jak tarcza chronić przed złem. Arthur miał za zadanie sprowadzić mnie na tą złą drogę, bym nie zdradzić tego co jest mi przeznaczone. Tą funkcję mieli pełnić moi rodzice, ale jak wiesz zginęli.
- Zabijając moich. - Westchnęłam.
- Przepraszam. - Odpowiedział po chwili.
- Za co? - Znowu nasze spojrzenia się spotkały. Jego oczy w ciemności wydawały się być czarne.
- Za moich rodziców.
- Nie masz za co przepraszać. To chyba ja powinnam.. - Zrobiło mi się głupio. - Przepraszam, za to wszystko..- Wyszeptałam i spuściłam głowę.
- Przeprosiny przyjęte. - Przybliżył się do mnie i ręką podniósł moją twarz do góry. Stał tak blisko, że czułam jego ciepły oddech na włosach. Patrzył mi prosto w oczy. Czułam się trochę skrępowana. Chyba nie powinnam mu na, to pozwalać. A, jednak coś we mnie pękło i pozwoliło na, to. Przybliżył twarz do mojej. Jedną rękę oparłam na jego torsie. Co się ze mną dzieje? Poczułam jego usta na moich. Zrobił, to. A ja dziwnym trafem mu nie zaprzeczałam. Całowałam mojego wroga, teraz, to może i przyjaciela. Chyba jestem zmęczona. Zresztą, to jeden nic nieznaczący pocałunek, pewnie jutro już nie będzie o tym pamiętał. Po chwili odsunęliśmy się od siebie.
- Ja chyba już pójdę.. - Był już przy drzwiach, kiedy powiedziałam.
- Nie idź..- Zdziwił się.
- Mam zostać? - Przytaknęłam - Dobrze, zostanę.
Rano obudziło mnie ciche pukanie do drzwi. Leżałam wtulona w Dave..
- Emily? Śpisz jeszcze? - Zza drzwi dobiegał głos Is. Nie może mnie tak zobaczyć. Jeszcze sobie coś pomyśli. W ogóle co mnie wczoraj pokierowało do takiego zachowania? Uczucie..? Niee. Z resztą i tak, to nie jest już ważne. Spojrzałam na zakłopotanego Dave'a.
- Musisz coś zrobić, żeby cię nie zobaczyła - Szepnęłam.
- No tak, dla niej jestem wrogiem nr 1 - Westchnął. Zrobiło mi się go znowu żal. Chyba go tym uraziłam. Ale tak będzie lepiej, zapomnimy o tym i nikt nie ucierpi.
- Przykro mi - Odpowiedziałam, ale chyba tego nie usłyszał, bo podszedł do okna i wyskoczył. Poczułam się głupio. Dlaczego? Coś do niego czuję? Drzwi się otworzyły i do pokoju weszła Is.
- O! Już nie śpisz, świetnie. - Przysiadła obok mnie.
- Obudziło mnie twoje pukanie..- Żachnęłam się.
- Wiesz.. przed snem dużo o tym wszystkim myślałam. I, skoro Ty dałaś radę pogodzić się z tym wszystkim, to ja też muszę. Po za tym, cały czas narzekałam, że w moim życiu nic się nie dzieje. Teraz, to będzie niemożliwe.
- Wiesz jak jest, trzeba po protu, to do siebie przyjąć. Ale czasem tego wszystkiego jest za dużo.
- No, ale damy radę, nie? W końcu razem stanowimy niezwyciężoną moc.
- Taa, potężne bliźniaczki. - Zaśmiałyśmy się. Is wystawiła mały palec. Owinęłam go swoim. Siostry na zawsze, mimo długiej rozłąki w końcu odnalezione.
    Odświeżyłam się i razem ruszyłyśmy na dół. Arthur był już po śniadaniu, a Dave.. no, On żywi się czymś innym. Zrobiłyśmy dobie śniadanie. Gdy posprzątałyśmy po sobie Arthur zapoznał nas ze swoim planem. Is i ja musiałyśmy odzyskać swoje rzeczy. Niestety, nie jest to takie proste. Wampiry wiedzą o Is, że jesteśmy pod ochroną Arthura. Zdradził czarodziei dla wampirów, ale przestał postępować zgodnie z rozkazami. Przez co jego życie jest w niebezpieczeństwie, tak jak i nas wszystkich. No, ale co do odzyskiwania swoich rzeczy.. Wampiry na pewno krążą wokół domu Is. Tam szybko rzuci czar i spakuje jej rzeczy. Podobnie zrobi z moim domem. Kolejnym punktem było uaktywnienie mocy Is. I tym zajmą się po południu, a odzyskiwanie rzeczy wieczorem. Wyszliśmy na podwórze, gdzie miała ćwiczyć Is. Wzięłam ze sobą koc i usiadłam niedaleko opierając się plecami o pień drzewa. Is próbowała wytworzyć trzy zaklęcia: Podstawowe, obronne i urok. Mi wystarczyły dwa: obronne i podstawowe. Arthur dawał jej porady jak ma zebrać moc i ją uwolnić. Gdy jej nie wychodziło pojękiwała, ale z każdą kolejną próbą wychodziło jej coraz bardziej.
- Oby tak dalej! - Krzyknęłam. Poczułam jak ktoś siada obok mnie. Odwróciłam się w stronę nowego przybysza i ujrzałam Dave'a. Nagle, bardzo wyraźnie przypomniało mi się wszystko z dzisiejszej nocy.
- Hej. - Przywitał się.
- Cześć. - Odpowiedziałam i dalej wpatrywałam się w Is. Chciałam jak najszybciej o tym zapomnieć, bo znowu spłonę rumieńcem.
- Rozumiem, że to co się wczoraj stało..- Zaczął.
- Tak, zapomnijmy o tym. Jak, gdyby nigdy nic. - Przerwałam mu.
- Czyli nadal mi nie ufasz?
- Sama nie wiem, może..
- Rozumiem. - Wstał, podszedł do Arthura, powiedział mu coś przelotnie i gdzieś zniknął.
Resztę dnia spędziłam z Is doskonaląc nowo poznane zaklęcia. Mimo, iż te zaklęcia są jednymi z podstawowych, to bardzo trudno było mi je opanować. Z resztą Is była z pewnością tego samego zdania. Mam nadzieję, że, tak jak mówiła mi ''babcia'' ćwiczenia przyniosą pożądane efekty. Chyba, że to kolejne kłamstwo.
- Zmęczona?- Spytała stojąca nade mną Is. Opadła bezwładnie, zabrała mi z ręki butelkę z woda i wypiła całą zawartość jednym haustem.
- No tak trochę. Wracamy? - Wstałam z zamiarem pójścia do domu, lecz Is złapała mnie za rękę nakazując żebym usiadła na swoje miejsce.
- A co z Dave'em?  Wydaje mi się, że niesłusznie go osądziłam, bo w końcu uratował mi życie.Mam lekkie wyrzuty sumienia.. pomożesz mi go przeprosić? - Uśmiechnęłam się w duchu.
- Pewnie.
                                                   * Oczami Arthura*
    Wszystko gotowe. Mam nadzieję, że na nikogo nie wpadnę, nie chcę nawet myśleć co, by się, wtedy stało..
- Wychodzę, nie czekajcie na mnie! - Krzyknąłem i nie czekając na odpowiedz teleportowałem się. Pierwszy był dom Isabell. Niestety, nie ma tak miło, musiałem jakoś tam wejść. Właśnie tak, jeśli jakiś budynek, do którego chcemy się teleportować nie jest otwarty nie ma takiej opcji, żeby się tam dostać poprzez teleportację.
    Spokojnie wszedłem do środka. Uderzyła mnie silna woń stęchlizny i ogromny bałagan jak na nastolatkę przystało. Zabrałem się za pakowanie rzeczy takich jak : Ubrania, kosmetyki, książki i wiele innych przyrządów, o których istnieniu nie byłem świadomy. Ruszyłem do domu Emily. Gdy byłem na miejscu ruszyłem do drzwi frontowych. Nacisnąłem na klamkę i delikatnie je pchnąłem. Były otwarte. Hm.. coś tu jest nie tak. Nawet nie chce mi się myśleć co. Ruszyłem pobliskimi schodami na górę, a następnie do pierwszych drzwi po lewej, na których był napis ''Wchodzisz na własną odpowiedzialność''.
- Znowu się spotykamy.. - Usłyszałem za sobą znajomy głos.


sobota, 22 lutego 2014

Impossible

                                                     ROZDZIAŁ VI


    Spojrzałam na oplatające mnie w tali ręce. Na jednym z palców był umiejscowiony pierścień. Dave. No , nie, kiedy on da mi spokój?
- O co tu..? - Przerwał mi.
- Nie czas na wyjaśnienia, muszę cię szybko zawieść w bezpieczne miejsce, inaczej znowu się do ciebie dobiorą. - Oznajmił. Eh..niech mu będzie. Gdy byliśmy wystarczająco oddaleni od stada wampirów znów stanęliśmy na ziemi. Przed nami stał zaparkowany jeep. Wyciągnął z kieszeni spodni klucz i otworzył nimi auto. Wsiadł do środka i gestem ręki pośpieszał mnie abym uczyniła, to samo. I ja mam mu ufać? W sumie innego wyjścia chyba nie mam, może i jest, ale jest ode mnie szybszy, zwinniejszy, silniejszy i, gdyby tylko chciał mógłby mnie zjeść na śniadanie. Niechętnie weszłam do środka. Gdy tylko zapięłam pas, ruszył z piskiem opon. Ciekawe dokąd zamierza mnie zabrać, patrząc na jego zachowanie raczej nie jest to przyjemne miejsce. Może nawet i paskudne, no, ale wszystko się dopiero okaże. Nie można wszystkiego oceniać obiektywnie, prawda? Jechaliśmy dość długo w krępującej ciszy. Było, to na tyle męczące , że w końcu przełamałam się i zapytałam.
- Kim ty właściwie jesteś?
- Osobą, która ratuje ci tyłek. - Przez resztę drogi nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem.Po jakimś czasie, w końcu byliśmy na miejscu. Udało mi się jakoś wyjść z tego samochodu po szybkiej jeździe, przez co zakręciło mi się w głowie. Po wyjściu mój wzrok przykuła pobliska latarnia dająca niewielki strumień światła na ciemną o tej porze drogę. Byliśmy daleko od miasta niedaleko plaży. Dookoła było pełno drzew.
- Gdzie jesteśmy? - Błądziłam oczami po okolicy, niestety nie mogłam rozszyfrować, co to może być za miejsce.
- W moim domu. - Oznajmił. Przeszliśmy kawałek zza drzew wyłonił się trzypiętrowy, z dużą ilością okien dom. Weszliśmy do środka. Gdy przekroczyłam próg domu odurzyła mnie wyrazista woń pieczonego ciasta. Mmm pachnie świetnie! Zaczęłam rozglądać się po domu. Był bardzo, podobnie przystrojony jak mój, z tą różnicą, że tu panował ogromny bałagan. Nagle, znikąd stanął przede mną jakiś mężczyzna. Miał może ze pięćdziesiąt lat, czarne włosy sięgające do ramion, przerażająco bladą twarz i okulary jak Harry Potter. Bardzo wysoki, szczupły. Miał styl "hipisa".
- Pójdę po Isabell, w tym czasie możesz wyjaśnić wszystko Emily, jest trochę skołowana. - Zwrócił się do mężczyzny.- Aaa, prawie zapomniałem, to jest Arthur, o którym kiedyś ci mówiłem.- Zwrócił się do mnie przelotnie, po czym wyszedł.
- To może Pan mi w końcu wyjaśni, o co w tym wszystkim chodzi? - Zwróciłam się do Arthura.
- Usiądź, herbaty? - Wskazał mi ręką fotel idąc do kuchni, podążyłam za nim.
- Um, chętnie - Zdawał się być miły. Zrobił nam herbatę i poszliśmy do salonu. Dave'a nadal nie było. Niech lepiej on Is tu dowiedzie całą. Ale teraz chce znać odpowiedzi na moje pytania
- No dobrze. -Zaczął. - Tak, więc, Dave mi dużo o tobie opowiadał. Niesamowite w końcu cię zobaczyć no i niedługo twoją siostrę Isabell. No, ale miałem ci wszystko wytłumaczyć. Ty i Isabell tworzycie tak zwany magiczny duet. Dopełniacie się swoją magią. Razem możecie zwyciężyć zło.
-No, a dlaczego zostałyśmy rozdzielone?
-Edith, twoja tak zwana babcia jest moją żoną i nigdy nie była z tobą spokrewniona. Razem zdradziliśmy czarodziei dla wampirów. Oddaliśmy się pod władze Thresa Cooper'a, władze wampirów i także wuja Dave'a. Tylko nie mów mu tego.- Jakiś sekret, no super. Za dużo tych informacji, które podał. A na tą zdradziecką żmiję, niby moja babcię zaczynam się strasznie denerwować. Oszukuje mnie i to cały czas!- Ale wracając, gdy przeszliśmy na ich stronę urodziłyście się wy, a urodzenie się bliźniaczek nie jest normalnym zjawiskiem w śród czarodziei. A wiadomość o waszej mocy i o tym co jest napisane w legendzie rozeszły się szybko. Teraz każdy chce zdobyć taką moc..-Przerwałam mu.
- Czyli te wampiry, które chciały mnie dzisiaj porwać, to..?
- Tak, działali na zlecenie Thresa. - Uprzedził mnie.- A co z ..- Musiałam spytać o Is, ale nie dokończyłam znów mi przerwał.- Dave pojechał do kawiarni po Isabell.
- Ej, skąd Ty, to wszystko wiesz?
- Każdy mag, poza swoją mocą ma specjalny dar, moim jest czytanie w myślach. Przez wiele lat doskonaliłem się, a teraz mogę odczytać czyjeś myśli będąc kilkadziesiąt kilometrów od tej osoby. Oczywiście, wampiry również mają moc, na przykład Dave, potrafi latać. Niestety, za mało ćwiczy i może szybować przez, zaledwie kilka minut
- To..
- Dziwaczne, wiem, ale czasem się przydaje. - Uśmiechnął się do mnie promiennie, odwzajemniłam ten gest, ale dopiero po jakimś czasie. Wyglądało, to pewnie jak grymas, podobny do tych, które mają małe dzieci, gdy rodzice wciskają, im do zjedzenia brokuły. W mojej głowie pojawiły się nowe pytania.-Zaczekaj aż zadasz, to pytanie, najpierw dokończę-Jego dar czytania w myślach mnie przeraża.-Tak jak mówiłem o tak silnej mocy mógłby pomarzyć sobie każdy. Byłyście odkupieniem dla czarodziei od wampirów, a zagrożeniem dla nich. Wampiry chciały zwyciężyć, dlatego chciały pojąć waszą moc. Wiesz jak twoi rodzice zginęli?-Przytaknęłam.- W śród wampirów, które zabijały twoich rodziców byli tam też rodzice Dave'a. Obydwoje zginęli, a wy nadal żyłyście. Wprowadzili do swojej krwi specjalną truciznę dzięki której normalni ludzie umierają po paru godzinach, wampiry natychmiastowo.Niestety, Thres zaplanował plan B. Byliśmy, nim my.Edith miała porwać ciebie i Isabell oraz odseparować, aby wasza moc nigdy nie dosięgnęła najwyższej siły. A, kiedy dorośniecie miała wysłać cię do szkoły magii i to nie właściwej. Miałaś trafić w ich sidła. Ja, natomiast miałem pilnować, by Dave was nie poznał, by wam nie pomógł i, by nie zepsuł planu. Jest tym, który ma zdradzić zło. Miałem w, nim zaczepiać zło, ale ja nie byłem do zdrady tak chętny, jak Edith. Jak widać nie wypełniam misji, dążę do zwycięstwa dobra. Przez co moje życie jest zagrożone. A, to wszystko, co powinnaś wiedzieć. Teraz zadaj mi, to pytanie.-Skończył, a we mnie buzowała złość. Nie dowierzałam, to, po prostu jakieś szaleństwo, chore. Nie wierze, a, jednak, to wszystko prawda. To dzieje się na prawdę. Wszystko przez moc. W sumie jeszcze większy mętlik..ugh.
-Wiesz może, w, jaki sposób Thres chciał odebrać mi moc? - Spytałam.
- Cóż, słyszałem o tym, że, żeby pozbawić kogoś mocy i przypisać ją sobie, trzeba podać osobie jakiś eliksir, a później poprzez rytuał pozbawić ciało duszy. Jego ciało cierpi, cała moc zostaje wyssana z duszą i krwią, która przechodzi na osobę wykonującą rytuał.-Przeszedł mnie dreszcz, to straszne.
- A co z Isabell?
- Już tu jedzie, słyszę jej myśli jest zła. Kolejną godzinę siedzieliśmy w salonie, jedząc świeżo upieczone ciasto i popijając je herbatą. Zaczęłam obserwować zdjęcia, zawieszone nad kominkiem. Przedstawiały Arthura i Dave z różnych okresów ich życia. Gdy Arthur poszedł do kuchni pozmywać naczynia, podeszłam bliżej i dokładniej ilustrowałam fotografie. Jedno szczególnie przykuło moją uwagę. Przedstawiało zamyślonego Dave, siedział na trawie zapewne na jakiejś łące, wpatrywał się nieobecnym wzrokiem w przestrzeń. Zdjęcie z zaskoczenia, takie najbardziej oddają charakter i charyzmę osoby. Dalsze obserwacje przerwał mi wbiegający Dave.
      *Oczami Dave'a*
    Lonsdale 20, 21, 22.. o jest! Z prędkością światła wszedłem do kawiarni i niespokojnym wzrokiem szukałem Isabell. Znalazłem, własnie wychodziła, szybko ruszyłem w jej stronę. Doszedłem do niej złapałem ją za nadgarstek
.-Szybko chodź, mamy mało czasu.-Ponagliłem ją.
-Ej! O co chodzi?! Zostaw mnie psycholu!-Próbowała się uwolnić z uścisku.
-Chodź i nie marudź.-Kazałem jej wejść do samochodu, po czym ruszyliśmy z powrotem do domu.                   *Oczami Emily*
     Dave wpadł z Is do domu. Kłócili się, Is go wyzywała sama nie wiedziała, o co chodzi. Gdy ją zobaczyłam pobiegłam do niej i ją przytuliłam. Była cała.
-Hej..ej co jest grane? Bo wiesz ten psychol..-Była zdezorientowana. Ciekawe jak zniesie tą całą prawdę.
-Zaraz się wszystkiego dowiesz, a ten "psychol' właśnie uratował cię przed bliskim spotkaniem z wampirami.
-O czym ty mówisz? O co ci chodzi?-Poszłam z nią na kanapę i usiadłyśmy. Dostała swój kubek herbaty, a Arthur przystąpił do opowiadania jej wszystkiego od nowa. Patrzałam jak zmienia się jej wyraz twarzy, spoglądając kątem oka na Dave'a, który stał w kącie i się przysłuchiwał. Nie wiem ufać mu, czy nie. Eh, teraz ważna jest Is, by wszystko pojęła no i jeszcze kwestia babci i domu. Ugh! Tego nadal jest za dużo. Muszę zrobić z tym jakiś porządek, sama w spokoju.
- Ale..jak to..? O co w tym wszystkim chodzi..?-Arthur skończył prawić wykład, a Is zaczęła zadawać pytania.
-Wiem, to skomplikowane, ale jakoś pojmiesz.-Próbowałam ją jakoś pocieszyć.
-Czekaj, podsumowując jesteśmy siostrami..? O magicznych mocach, nasi rodzice nie żyją przez jakieś pieprzone wampiry, a całe moje dotychczasowe życie, to jedna wielka ściema?
-I jeszcze jest ta baba, która nas porwała i podszywała się pod moją babcię oraz polujące nadal nas, a właściwie naszą moc wampiry, które mamy zgładzić.-Dokończyłam.
-Widzę, że za dużo informacji jak na jeden dzień?- Spytał Arthur podnosząc się.
-Zdecydowanie.-Powiedziałyśmy jednocześnie.
-Chodźcie za mną pokażę wam wasze pokoje.-Powiedział idąc w kierunku schodów. Mam tu nocować? W sumie i tak nie mam już, gdzie, do tej żmii nie wracam. Wstałam i ruszyłam za, nim Is nadal siedziała.
-Chodź Is.-Zachęciłam ją.
-A co z moimi rodzicami, to znaczy z ludźmi, którzy mnie wychowywali i z moimi rzeczami?
-Rzucę na nich czar oblivioni . Będą żyli jakbyś się w ogóle nie urodziła.-W jej oczach pojawiły się łzy, ale zaraz zniknęły. Wstała i powolnym krokiem doszła do mnie i przytuliła się. Była przygnębiona.
Arthur zaprowadził nas do naszych pokoi, były obok siebie. Is zostawiła mnie i zamknęła się u siebie. Zostałam sama. Starałam nie myśleć o tym wszystkim i zasnąć, ale, po prostu się nie dało. Zegarek na ścianie wskazywał pierwszą w nocy. Wstałam i podeszłam do okna, księżyc właśnie był w pełni. Przysiadłam na parapecie, objęłam rękoma nogi i zaczęłam o tym wszystkim rozmyślać. Pierwsza nasunęła się babcia. Czemu zdradziła ród czarodziei? Może, dlatego nie ma tych znaków co ja? No i pewnie już wie, że się o wszystkim dowiedziałam. Musiałabym się jakoś jej odpłacić, za to wszystko, co mi zrobiła. Ale jak? Ja nie umiem tak dobrze czarować, może Arthur mi pomoże. Okej, to wyjaśnione, a teraz sprawa Is i naszego nowego życia. Przecież nie będę tu mieszkać do końca życia. Może udałoby się odnowić nasz rodzinny dom? Oto też muszę spytać Arthura i jeszcze o szkołę. Muszę też jakoś troszczyć się o Is, dopiero się o tym dowiedziała. Eh..teraz pozostaje najtrudniejsze. Czy ufać Dave'owi..? Nagle usłyszałam przekręcanie się klamki w drzwiach...
                                   

sobota, 15 lutego 2014

Impossible

                                                    ROZDZIAŁ V


    Zdjęcie przedstawiało mężczyznę i kobietę, byli elegancko ubrani i wyglądali na młodych. Każdy z nich trzymał na rękach po jednej dziewczynce. Mężczyzna trzymał czarnowłosą dziewczynkę podobną do niego. Natomiast kobieta trzymała dziewczynkę podobną do niej, czyli jasnowłosą. Wszyscy byli uśmiechnięci, radośni, widać było, że to kochająca się rodzina. Po chwili, gdy nieustannie lustrowałam zdjęcie, postacie poruszyły się. Z rąk dziewczynek wystrzeliły różnokolorowe iskierki, identyczne do tych z łazienki. Zdjęcie ponownie znieruchomiało. Ich twarze wydawały mi się dziwnie znajome. Odwróciłam zdjęcie, był tam jakiś napis. Wytężyłam wzrok i przeczytałam.

      Rodzina Lotario nareszcie w komplecie.

     O co tu chodzi..? Czemu ci ludzie mają takie same nazwisko co ja..? Czy, to moi rodzice? A ta dziewczynka? Czyżbym miała siostrę? Gdzie ona jest? Dla czego babcia, to przede mną ukrywała?! Mój mózg od nadmiaru pytań pękał w szwach. Tego jest zdecydowanie za dużo..Otworzyłam album, by zobaczyć więcej zdjęć. Jedno z nich przedstawiało dom, ponownie odwróciłam zdjęcie. Nie myliłam się, był tam napis

      Invictus

    Spojrzałam znów na fotografię, w głowie błysnęło mi wspomnienie. Byłam już tam albo kiedyś, gdy błądziłam po mieście napotkałam, to miejsce. Wiem, gdzie, to jest! Ale.. jak ja tam wejdę? Musi tu być klucz albo cokolwiek czym mogłabym wejść do środka. Tylko od czego, by tu zacząć? Pełno jest tutaj tych stert, nigdy tego nie znajdę. Zaczęłam szukać kluczy, po jakimś czasie w końcu je znalazłam, leżały w jakimś pudełku, które było zbunkrowane pod jednym ze stosów. Był, to srebrny klucz, z wygrawerowanym napisem ''Invictus''. Nagle usłyszałam otwieranie się drzwi wejściowych. Babcia..schowałam klucz do kieszeni w spodniach, zabrałam też zdjęcie i szybko zbiegłam na dół.
- Już jestem. - Poinformowała mnie babcia.
- Super..! - Odpowiedziałam schodząc.
- Co porabiałaś? - Zapytała.
- Um.. poszperałam w starych rzeczach na strychu, przeglądałam zdjęcia..
- Wiesz przecież, że nie wolno ci tam wchodzić. - Rozzłościła się.
- Mówiłaś mi to, jak byłam mała, żebym nie narobiła zbędnego bałaganu. Teraz jestem na tyle dojrzała , że nawet jeśli nabałaganię, to, to posprzątam..
- Co nie znaczy, że nie możesz tam wchodzić. Nie ma tam nic ciekawego, same rupiecie i kurz.
- Nie prawda. Zobacz co znalazłam. - Podstawiłam jej pod nos zdjęcie - Kto to jest? - Zapytałam patrząc jej przy tym prosto w oczy, widziałam w nich niepokój.
- To.. to jest brat twojego ojca z małżonką. A.. to jest ich córka - Wskazała na dziewczynkę o blond włosach - A to jesteś ty - Wskazała tę drugą - Niestety, wyjechali z kraju.- Miałam pewne wątpliwości co do wiarygodności jej słów. Wyglądają tak zgranie.., to musi być jedna rodzina. I jeszcze, to podobieństwo, coś tu jest nie tak.
- Dlaczego nigdy nie opowiadałaś mi o rodzicach, o reszcie rodziny? - Postanowiłam zapytać.
- Bo nie pytałaś. Zresztą sama nie mam z nimi wszystkimi kontaktu, odkąd sprowadziła się tu siedziba wampirów.
- Siedziba wampirów? - Dopytywałam.
- Oh.. no wiesz..nie masz czegoś do zrobienia? - Nie wierzę, po tym wszystkim jeszcze ma czelność wymigiwać się od odpowiedzi. Trudno, jak ona mi nic nie powie, to ja sama się wszystkiego dowiem.
- O właśnie, miałam się spotkać z Is. - Skłamałam. Pójdę odszukać ten tajemniczy dom. Może tam się czegoś dowiem. Nie no na pewno coś tam będzie.
    Ubrałam buty, kurtkę i wyszłam. Ruszyłam zdecydowanym krokiem na najbliższy przystanek autobusowy. Gdy już byłam w okolicy, zaczęłam się zastanawiać jak tam dokładnie dojść. Pamiętam tylko jak przez mgłę, że było to dość daleko.. Usiadłam na pobliskiej ławce i wyjęłam klucz. Obróciłam go parę razy w palcach i nagle dostałam wizji. Przecież przedstawia tabliczkę z nazwą przystanku! Wsiadłam do nadjeżdżającego autobusu i wysiadłam na właściwym miejscu. Była to spokojna dzielnica, jak na mój gust zbyt spokojna. Ruszyłam wąską ścieżką, szłam tak dość długo. Domów było coraz mniej, a asfaltowa droga przechodziła w piach.W końcu natrafiłam na ostatni zakręt w lewo. W oddali widziałam coś czarnego przypominającego pręty niestety byłam zbyt daleko, żeby rozszyfrować, co to konkretnie było. Gdy byłam wystarczająco blisko zauważyłam, że to pięknie zdobiona brama. Chyba trafiłam. Za nią rozpościerał się piękny biały dom z ogromnym ogrodem i fontanną. Wszystko niestety było opustoszałe i zaniedbane. Kwiaty obumarłe, brudna woda w fontannie. Porośnięty kłączami dom i brama. Kiedyś z pewnością było tu pięknie i te przepiękne chwile..Skąd, to wiem? Po prostu, to czuję. Mniejsza z tym. Muszę jak najszybciej dowiedzieć się całej prawdy, nie zniosłabym kolejnych informacji, które w przyszłości okazałyby się mylne. Ciekawe co z tą blond dziewczynką. Pchnęłam bramę, zaskrzypiała. Byłam już na posesji i ostrożnie kierowałam się ku drzwiom wejściowym. No, to czas dowiedzieć się prawdy. Wyjęłam klucz i przekręciłam go w zamku. Znowu dostałam wizji.
    Biegłam goniąc jasnowłosą dziewczynkę. Razem przekroczyłyśmy próg domu śmiejąc się.
    Gdy powróciłam do rzeczywistości trochę zakręciło mi się w głowie. Czyli teraz zamiast dreszczy mam wizje wzięte ni z tego ni z owego? Eh.. popchnęłam lekko drzwi, weszłam do środka i ostrożnie zamknęłam je za sobą, oparłam się o nie i zaczęłam rozglądać.. Po lewej stronie była kuchnia z jadalnią, a po prawej salon z kominkiem. Wszystko było zaniedbane, ale miało w sobie ''to coś''. Naprzeciw mnie znajdowały się ogromne schody prowadzące na górę, które rozchodziły się na dwie strony tak, że nade mną był balkon. Po prostu wielkie wooow! Udałam się do salonu, tam muszą być jakieś papiery albo więcej zdjęć. Oczywiście, nie myliłam się. Na jednej ze ścian wisiało pełno zdjęć. Spojrzałam na znajdującą się nieopodal komodę. Zajrzałam do środka, roiło się tam od papierów i fotografii. Bingo! Postanowiłam wziąć jedno do ręki, przedstawiało według mojej babci ''ciocię'', na odwrocie pisało Aria Lotario. Następne, mój 'wujek'' Nathaniel  Lotario. Kolejne było moje na pewno, bo pisało ''Emily Lotario'', Ostatnie przedstawiało ''moją kuzynkę'', Isabell Lotario.. Isabell..nie, to nie możliwe.. Odłożyłam zdjęcie i zaczęłam szperać w szufladach. Dowiedziałam się tylko, tyle że, to małżeństwo i, gdzie pracowali oraz, że jesteśmy ich córkami. Czyli.. mam siostrę.., która jest podobna do Is i w dodatku ma takie same imię..Mhm.., czyli kolejne kłamstwo zaserwowane mi przez babcię. Teraz tylko dowiedzieć się, czy to, aby na pewno jest Is. Odłożyłam wszystko na swoje miejsce i poszłam na górę. Znalazłam tam pokój dziecięcy. Z dwoma łóżeczkami i niesamowicie wielką ilością zabawek. W szafach było równie dużo ubranek. Byli, a raczej jestem z bogatej rodziny. Chwila, czemu babcia nie zamieszkała tu z nami? I, gdzie jest moja siostra? I kim ona na prawdę jest? Podeszłam do jednego łóżeczka i położyłam rękę na obramowaniu. Dostałam kolejnej wizji. Zobaczyłam moją twarz z czasów jak byłam malutkim dzieckiem i tą jak teraz wyglądam. Jeju.. mój wzrok mimowolnie powędrował na drugie łóżeczko. Może dostanę kolejnej wizji? Podbiegłam do niego i dotknęłam. Zobaczyłam twarz tej dziewczynki, a potem twarz.. Is.
- Isabell - Szepnęłam, moje oczy pewnie wyglądały jak dwa ogromne spodki. Cały obraz zaczął wirować. Co się dzieje? Zatrzymało się, stałam nadal w tym samym domu, ale sprzed paru lat i nie w środku tylko na zewnątrz, w ogrodzie. Bawiłam się z Is w piaskownicy, a rodzice siedzieli obok śmiejąc się i popijając herbatę. Kolejna zmiana obrazu. Z Is uczyłyśmy się chodzić. Kolejna i kolejna. Co, to jest, czy to moje wspomnienia? Ale dlaczego dopiero teraz, to wszystko powróciło? Normalnie, jakby mój mózg się zablokował. Ale dlaczego? W końcu wszystko przestało wirować i ujrzałam moją babcię kryjącą się za drzewem. Obserwowała walkę moich rodziców i wampirów.
- Mama.. Tata..- Głos mi się załamał. Oni mieli zaraz umrzeć. Podeszłam do nich i spojrzałam na ich twarze. Zatęskniłam za nimi. Szkoda, że nie mogę nic zrobić, aby, im pomóc..Patrzyłam jak umierają, a zaraz po nich wampiry. Z ukrycia wyszła moja babcia i weszła do domu jak, gdyby nigdy nic. Następnie weszła do naszego pokoiku. Byłyśmy w środku, ja i Is. Babcia nas zabrała i wyszła. Podążałam za nią. Co ona ma zamiar zrobić? Szła tak długo aż dotarła do centrum miasta. Położyła Is pod jednym z domów. Nie wierzę! Jak ona tak mogła?! Zostawiła ją, a mnie zabrała ze sobą,dlaczego?
Obraz znikł i powróciłam do rzeczywistości. Oczy mi się zaszkliły. Całe moje życie, to jedno wielkie kłamstwo. Nie mam pojęcia co mam zrobić, żeby już tak nie było. Chciałabym dowiedzieć się wszystkiego co zostało zatajone. Ale.., to zostawię na później. Muszę powiedzieć o wszystkim Is. Wytarłam oczy o kant rękawa i ruszyłam ku wyjściu dzwoniąc do niej. Odebrała po trzech sygnałach.
- Halo?
- Hej Is, musimy się spotkać. Mam ci coś ważnego do powiedzenia. Dostaniesz szoku. Za 30 minut w naszej ulubionej kafejce. - Wyrzucałam z siebie informacje niczym karabin maszynowy.
- Um..okay. - Powiedziała zrezygnowana. Otworzyłam drzwi i wyszłam. Kiedy tylko się odwróciłam zobaczyłam wyłaniające się cienie zza drzew. Przybliżały się z ogromną szybkością, ukazując przy tym kły. Wampiry..Moje serce zaczęło mocniej bić, a tętno w krwi wzrosło..Boże, .., ale.. co ja teraz zrobię? Cofnęłam się, ale napotkałam drzwi. Zbliżali się, coraz bardziej.
- Czego wy chcecie?!- Wykrzyknęłam bezmyślnie. Z każdą kolejną sekundą zmniejszał się dzielący nas dystans.
- Nie bulwersuj się tak ślicznotko. Oddaj się grzecznie w nasze ręce, a my w zamian nic ci nie zrobimy - Zaproponował jeden z nich. Odnalazłam klamkę, powoli na nią naciskałam.
- Nigdy! - Wykrzyknęłam i z powrotem weszłam do środka. Pobiegłam, ile sił miałam w nogach na górę i zamknęłam się w najbliższym pokoju na klucz.No i co dalej? Zaczęłam rozpaczliwie rozglądać się po pokoju. No myśl, Emily, myśl! Mój wzrok mimowolnie padł na okno znajdujące się przede mną. I co dalej? Skacząc z okna zyskałabym odrobinę czasu, ale jak, to zrobić, żeby się nie zabić? Usłyszałam zza drzwi kilka powolnych kroków, zbliżających się coraz bardziej. Przypomina mi, to zabawę w kotka i myszkę, z tą różnicą, że kotków jest zdecydowanie zbyt dużo.
- No, Emily i tak wiemy, że tam jesteś. Nie bądź uparta i tak nie zdołasz przed nami uciec. - Odezwał się ten sam głos. Bez zastanowienia wzięłam leżące na łóżku prześcieradło i zawiązałam koniec wokół jednej z nóg podtrzymującej łóżko. Otworzyłam okno i starałam się określić wysokość, jaką mam do pokonania. Hm.. ze trzy metry wyjdzie na bank. Cóż albo, to albo nic. Przygryzłam zębami dolną wargę i szybko jak tylko się dało zaczęłam schodzić ku dołowi. Kiedy byłam już prawie w połowie usłyszałam wyłamywanie drzwi, a następnie rwane prześcieradło. Znowu straciłam przytomność.
Obudziłam się w salonie mocno przywiązana do jednego z foteli. Bolało mnie całe ciało, było, to prawie nie do zniesienia. Ciekawe co jeszcze mnie dzisiaj zaskoczy.
- No, widzę, że śpiąca królewna w końcu się obudziła, to dobrze, inaczej szef, by nam tego nie podarował - Odpowiedział mi ten sam wampir, który wcześniej próbował ze mną negocjować. Miał może ze 30 lat, czarne włosy sięgające do ramion, przerażająco bladą twarz, nawet jak na wampira. Bardzo wysoki, szczupły. Miał na sobie czarne równiutko wyprasowane spodnie i koszulę.
- Szef? O co wam chodzi? - Jęknęłam zirytowana. Chciałam dotknąć głowy, która okropnie bolała, ale miałam spętane ręce. Zaczęłam się zastanawiać, czy zabiją mnie szybko, czy raczej będą czerpać przyjemność z torturowania mnie. Wolałabym, to pierwsze. Albo nic z tych rzeczy. Muszę skończyć z tymi insynuacjami, bo w innym wypadku, to one mnie uśmiercą, a nie wampiry.
- Spokojnie, nic ci się nie stanie. - Powiedział wychodząc z salonu - Na razie..- Dodał ciszej z przerażającym uśmieszkiem, wzdrygnęłam się. Później słyszałam już tylko jak do kogoś telefonuje. No tak, czyli moje szanse na ucieczkę są bliskie zeru. Z utęsknieniem spojrzałam na okno, na którym powoli pojawiały się kropelki deszczu i zza, którego widać było drzewa z kołyszącymi się gałęziami w rytm wiatru, całość podkreślało ciemniejące niebo. Drzwi się otworzyły, wszedł przez nie ten sam gość z resztą ferajny. Podeszli do mnie i zaczęli rozwiązywać. Potem zamiast lin oplatające moje ręce zacisnęli swoje ręce. Byli za silni znów nie miałam żadnych szans na ucieczkę. Ruszyli ze mną ku wyjściu.
-Gdzie wy mnie zabieracie?!-Zapytałam, szarpiąc się.
-Czas na ucztę, a bez dania głównego się nie obędzie.-Zatrzymałam się, pociągnęli mnie na przód. Czułam jak robi mi się słabo. Mam być daniem głównym? Ale..boże nie chce umierać, muszę jakoś się uwolnić. No ręce dalej, zróbcie jakąś sztuczkę. Cokolwiek...albo nic. Wyszliśmy na deszcz przez krople obraz stał się niewyraźny, przez co nie mogłam dostrzec, gdzie mnie prowadzą. Zaczęłam moknąć...nie za fajnie. Nagle usłyszałam odgłosy walki, ktoś tu jeszcze był, przyszedł. Babcia...nie ona na pewno nie. Ta kłamczucha! Ta podła żmija. A, więc kto? Moje ręce się uwolniły, a zaraz znów ktoś złapał mnie w talii. Moje stopy oderwały się od podłoża i wzbijały się coraz szybciej i wyżej. Oddalałam się od tych wampirów, ktoś mnie uratował, ale, kto. Czyja ręka mnie oplata w talli..?




sobota, 8 lutego 2014

Impossible

                                                      ROZDZIAŁ IV


                                             
    Poczułam piekielny ból w całym ciele, który pojawił się równie szybko jak znikł. Ten ból przywrócił mnie do rzeczywistości. Podniosłam powoli powieki i uświadomiłam sobie co się stało. Rozglądnęłam się. W powietrzu było pełno kurzu od zawalonego muru. Ze ściany spływała woda, która robiła coraz, to większą kałużę.Cały obraz nadal był niewyraźny.Spróbowała się podnieść, w ogóle nie czułam ciężaru swojego ciała. Podparłam się dłoniach i od razu opadłam, strasznie piekły.Spojrzałam na jedną potem drugą. Były całe czerwone i pokryte czarnymi liniami. Nagle usłyszałam czyjeś krzyki.Po czym znów, wszystko odpłynęło.
    Ciemność długo nie ustępowała. Obudziłam się w pokoju, o czterech białych ścianach i łóżku przy oknie , w którym leżę, a do mojej ręki jest podłączona kroplówka i dziwaczna aparatura, o której istnieniu nie byłam świadoma.Gdzie jestem? Czyżbym była w szpitalu? Jak się tu znalazłam? Co ze szkołą? Mogłabym zadawać sobie, nieskończenie wiele pytań, ale sama nie potrafiłabym na nie odpowiedzieć.Z moich rozmyślań wyrwały mnie dwie pielęgniarki wjeżdżające z nowym pacjentem i stawiając jego łóżko obok mojego. Dyskretnie zerknęłam w jego stronę, by zobaczyć, kto to taki. Niestety, jego twarz była zasłonięta ciałem pielęgniarki, która podłączała go, tak jak mnie pod kroplówkę i różne inne sprzęty. Spojrzałam na jego sylwetkę.Ustaliłam, że jest to na sto procent mężczyzna.Zerknęłam na jego rękę, była młodzieńcza, a na jednym z palców tkwił pierścień. Przed oczami stanęła mi scena z łazienki.Taki sam miał Dave..Nie..tylko nie on..No, po prostu świetnie! Na miłe zakończenie dnia, musiałam trafić akurat na niego! W szpitalu powinni dbać o zdrowie swoich pacjentów, a nie, kazać, im przebywać z jednym pomieszczeniu z osobą, która teoretycznie zagraża mojemu życiu i zdrowiu. Trudno, najwyżej rozwalę szpital, w sumie nikt nie powinien tego zauważyć..Pielęgniarki opuściły pokój i w końcu ujrzałam jego twarz.Jak zawsze na jego widok przeszedł mnie dziwny dreszcz. A w mojej głowie pojawiło się pytanie "Gdzie jest Is"? Skoro on tu jest to ją też przywiozą. Prawda? Czekałam długo wpatrując się w drzwi i słuchając jak bije serce Dave'a. Na zewnątrz zrobiło się już ciemno. Is nadal nie było. Aż tak z nią źle? A może, to my należymy do grupy z ciężkimi obrażeniami? Od tego czekania zrobiłam się senna.Z korytarza usłyszałam zbliżające się kroki. Pojawiła się nadzieja, ale zaraz zgasła, kiedy w drzwiach stanął lekarz.Przyszedł na obchód. Sprawdził jak się czujemy. Przy okazji postanowiłam spytać co się dzieje z Is.
- Mogę wiedzieć, gdzie leży Is?
-Kto?- spytał, z dezorientacją wymalowaną na twarzy.
- To znaczy Isabell. - Od razu się poprawiłam.
- Została już wypisana. Nie poniosła żadnych obrażeń zagrażających życiu. A jej organizm się ustabilizował. Zapewne jest już w domu i odpoczywa.
- Aha..dziękuję- Posmutniałam. Czyli sama muszę wytrzymać w towarzystwie tego dupka.Eh, dobrze , że chociaż jej nic się nie stało. A w mojej głowie pojawiło się kolejne pytanie. Czy moja babcia wie , co się stało? I, o co szkoła obwinia całą tą katastrofę? W zaledwie dwa dni moje życie stanęło na głowie. Długo nad tym rozmyślałam aż w końcu usnęłam. Ze snu wyrwał mnie czyiś lodowaty oddech na policzku, który rozszedł się po całym ciele wywołując fale nieprzyjemnych dreszczy. Z ogromną szybkością otworzyłam oczy.Dosłownie parę centymetrów od mojej twarzy była twarz Dave'a. Chciałam krzyknąć, ale zakrył mi usta dłonią. Zaczęłam się trząść, tak jakby jego ręka raziła mnie prądem. Ból był nie do zniesienia.Spojrzałam na jego twarz, na której z każdą kolejną sekundą malowało się coraz, to większe przerażenie zmieszane z niedowierzaniem. Zacisnęłam na niej moje dłonie, które były (o dziwo) całe w bandażach. Próbowałam się od niej uwolnić, ale była niczym skała. Nagle poczułam jak moje dłonie robią się gorące. Bandaż, który je okrywał zaczął się dymić i iskrzyć. Gdy całkowicie znikł na moich dłoniach ukazały się dwa czarne znaki, skąd ja, to mam?! Kształty i całe moje ręce zaniosły się płomieniem. Odruchowo zabrał poparzoną rękę, zamknął oczy wziął głęboki wdech, ślady po poparzeniu stopniowo znikały. To nie fair!
                  *Oczami Dave'a*
    Resztką swojej energii pozbyłem się śladów po poparzeniach. Zmęczony wysiłkiem, jaki mnie kosztował opadłem na łóżko. Mimowolnie pokierowałem swój wzrok w jej kierunku. Gdy tylko pochwyciłem jej spojrzenie, znów zaczęła się trząść. Nie chcąc wyrządzać jej niepotrzebnej krzywdy odwróciłem wzrok w przeciwnym kierunku. Nigdy żaden czarodziej nie reagował tak na wampira.Przynajmniej nie słyszałem o takich przypadkach. Będę musiał, to skonsultować z Arthur'em. Arthur to stary mag, który po śmierci moich rodziców przejął nade mną opiekę. Wiem, może, to dziwne, że wampir i czarodziej mieszkają pod jednym dachem, ale, gdy moi rodzice zginęli, a ja zostałem sam w domu nie miał się, kto mną opiekować. A pewnego dnia Arthur, przechodził obok mojego domu i usłyszał mój płacz. Wiedząc, jak wielka, to odpowiedzialność i jakie ryzyko wiąże ze sobą opieka nade mną, wziął mnie pod swoje skrzydła i zaopiekował się mną jakbym był jego rodzonym synem. Stąd mam dobre nastawienie do ludzi takich jak Arthur. Tylko..nie wiem , co we mnie wstąpiło, że zaatakowałem Emily. Fakt, nie panowałem nad tym..A teraz to , jak na mnie reaguje..Nie powiem, trochę, to dziwne. Muszę ją przeprosić i wytłumaczyć ,to i owo. Nie chcę przecież, żeby była do mnie źle nastawiona.
-Przepraszam Emily..- Zacząłem, szepcząc. Szkoda, że nie mogę patrzeć w jej niebieskie oczy.. Tak zauroczyłem się w niej. Nie wiem jak to się stało, tak jakoś wyszło. Na początku, gdy ją poznałem myślałem, że jest zwyczajną dziewczyną, niczym nie wyróżniającą się od innych. Mógłbym, wtedy ją przemienić, co jest dość skomplikowane.Najpierw trzeba wyssać całą krew ofiary, a potem zaszczepić u niej jad. Następnie ofiara już tylko cierpi, przechodząc powoli przemianę w bestię. Ale, teraz gdy jej moc została odpieczętowana, to wszystko komplikuje. A pomimo tego, że wampiry ze swojej natury są maszynami do zabijania czarowników i innych poza magicznych stworzeń, ja tego nie zrobię. Milczała, więc kontynuowałem.- Przepraszam, no wiesz za ten atak w szkole.Nie wiem , co się ze mną stało. Nie panowałem nad tym..
                       *Oczami Emily*
    Jego głowa była odwrócona w stronę otwartych drzwi przez które padały delikatne strumienie światła. Dzięki czemu wyraźniej mogłam dostrzec jego sylwetkę.Wpatrywałam się w jego czarne, krótko ścięte włosy i wsłuchiwałam się w to  co do mnie mówił. O dziwo jeszcze od niego nie uciekłam. Chwilka, to przez kroplówkę, do której jestem podłączona, a wyrwanie rozmaitych kablów, ozdabiających aktualnie moje ciało, wydawało mi się zbyt bolesne. W sumie, z chęcią posłucham bajeczek jakie mi nawciska. Jak na razie, zapowiada się ciekawie.
- Uważaj, bo ci uwierzę- Cicho odpowiedziałam w moim głosie można było wyczuć drwinę. Jeżeli jestem tą ''dziewczyną z legendy'' i mam zniszczyć wampiry, to on będzie pierwszy w kolejce.
- Naprawdę, ja tego nie chciałem. Nigdy bym nie skrzywdził czarodzieja.. Ja.. Ja naprawdę przepraszam, że tak wyszło.
-Nie udawaj. Pewnie jak tylko zasnę znów będziesz próbował mnie zabić jak przed chwilą.
- Nie chciałem Cie zabić. - Ta jasne, pomyślałam - Sprawdzałem, czy nic ci nie jest.
- Takie kity, to możesz wszystkim wciskać, ale nie mi. Jesteś wampirem, a wampiry zabijają takich jak ja.
- Ale ja jestem inny. Uwierz, nawet mieszkam z jednym z was. - Coraz bardziej działa mi na nerwy. Wszystko co mówi jest takie realistyczne.. Stop! Nie możesz tak myśleć. I nie możesz wierzyć w ani jedno jego słowo, bo srogo będzie cię to kosztować. Wmawiałam sobie. Hm..,a może to przez, to, że był odwrócony nie potrafiłam mu zaufać? Mogłabym być, chociaż trochę milsza. Ale, to chyba logiczne, że nie potrafiłabym być milsza dla osoby dzięki, której rozwaliłam szkołę, naraziłam życie Is, a teraz być może rozwalę szpital.. Boże, co ja zrobiłam.. a co, jeśli przyjdzie tu policja i zaczną mnie wypytywać o wszystko? Co ja powiem? Jeśli powiem prawdę uznają mnie za wariatkę i wyślą do ośrodka dla obłąkanych. A, jeśli skłamię będą tak długo naciskać aż powiem prawdę. Świetnie.No, ale to samo z siebie wyszło. Specjalnie nie rozwaliłabym szkoły! Broniłam się, a raczej moje ręce..Nieważne, nie mogę mu ufać. Jest wampirem zapewne więzi tego maga..mówi, że z nim mieszka, ale to nie może być prawda.
- Przyznaj, nie mieszkasz z nim, pewnie jest twoim więźniem albo już wyssałeś z niego całą krew.- Krzyknęłam z wyrzutem.
-Nie musisz krzyczeć, mówię ci prawdę, szkoda, tylko że nie chcesz tego przyjąć do wiadomości - Zirytował się. Odwrócił głowę, więc natychmiast zamknęłam oczy. Przestraszyłam się. Słyszałam jak wstaje i podchodzi do mnie.
- Odejdź!- krzyknęłam i zasłoniłam twarz dłońmi.
- Uwierz mi, ja nie chciałem. - Buzowała w nim złość. Czułam jego wrogość, rosnącą i rosnącą. Nie potrafi nawet panować nad emocjami. Powinien się leczyć. Zresztą mam to gdzieś, od tego wszystkiego głowa mnie boli.
- Daj mi spokój. Nigdy ci nie uwierzę, odejdź - Powiedziałam i położyłam się plecami do niego. Mówi się, że nigdy nie można stawać do wroga plecami, ale w tym momencie było mi to obojętne. W końcu zasnęłam.
    Następnego dnia znów mnie przepraszał. Miałam go serdecznie dość. Szkoda, że nie miałam w pobliżu swojego telefonu i słuchawek, nie musiałabym go wysłuchiwać. Ciekawe, gdzie one teraz są. Rany, ja tu nie wytrzymam, wypiszcie mnie stąd albo zrobię, to na własną rękę.
    Po południu miałam gościa, babcię. Jak dobrze, że się dowiedziała, gdzie jestem. Na szczęście nie złościła się na mnie, wręcz przeciwnie, była ze mnie dumna, że sama stawiłam czoła wampirowi. Przyniosła mi rzeczy i powiadomiła co się działo od tamtego dnia. Is jest cała i wszystko z nią w porządku. Szkoła łyknęła kit, że nagle wszystko się zawaliło i obwiniają, za to słabą konstrukcję. Powiedziała jeszcze, że nie muszę się niczym martwić i, że nadszedł czas bym poszła do szkoły, która była mi przypisana od urodzenia. Zapytałam jeszcze o znaki, które znikąd się pojawiły na moich dłoniach. Wyjaśniała, że każdy czarodziej takie posiada. Są to nasze prawdziwe imiona.
- To dla czego ty ich nie masz? - Zapytałam.
- Ukrywam je pod czarami. - Oznajmiła.
- Aha.,. a co moje oznaczają?
- Na lewej ręce masz znak zwany "Itaque die septimo". Na prawej masz "Potestatem" Razem tworzą ''królewską moc''.

 
-Oh..- Nie powiem byłam w szoku. Jednak jestem tą dziewczyną z przepowiedni.
    Nazajutrz mnie wypuścili. Nareszcie, dłużej chyba bym z nim nie wytrzymała. Wróciłam do swojego domu. Babcia pozwoliła mi nie chodzić do szkoły. Nie chciałam tam być, wszystkie sępy, by się zleciały. A tego chcę uniknąć. Wolę siedzieć w domu jakoś, to wszystko poukładać. No i oczywiście przygotować się do wyjazdu do nowej szkoły. Normalnie nie mogłam być zwykłą nastolatką co nie? Bo, to zbyt demonstracyjne..eh.
    Był wczesny ranek, babcia szykowała śniadanie. Powinnam jej pomóc, ale jakoś nie miałam teraz na, to siły. A, to już cztery dni. Nadal nie pogodziłam się z moim losem. Siedziałam na werandzie, świeże powietrze dobrze mi zrobi. Przyglądałam się drzewom, gdy nagle po prawej stronie moje oko zarejestrowało ruch. Nie.. co znowu. Powoli odwróciłam głowę. Ujrzałam Dava'e. O dziwo nie przeszedł mnie dreszcz. To chyba dobrze prawda?
- Co ty tu robisz?! Wynoś się stąd! - Zażądałam.
- Poczekaj, nie skrzywdzę cię. Chciałem z tobą pogadać. Wiem dlaczego miałaś te dreszcze. Jak widzisz zapobiegłem, im. Proszę wysłuchaj mnie.
- Nie zamierzam ciebie słuchać. Super zapobiegłeś dreszczom. Nic więcej nie muszę wiedzieć.A teraz wynoś się stąd! - pod koniec głos zaczął mi się łamać. Dlaczego? Dla tego, że ochrzanianie ludzi mi nie wychodzi.
- Emily.. proszę. - Złapał mnie za nadgarstek. Jego dotyk był łagodny.. NIE! nie wierz mu! Łzy napłynęły mi do oczu.
- Wynoś się! Bo zawołam babcię! - Zagroziłam.
- Chcę ci tylko wytłumaczyć..
- Babciu! - Babcia zjawiła się, jak na zawołanie.
- Tak? - Zapytała obejmując mnie. Wskazałam palcem na Dave'a.
- Nie przypominam sobie młodzieńcu, żebym cie kiedykolwiek zapraszała.
- Nie, zgadza się.
- A, więc, żegnamy pana.
- Ale ja..
- Ego Placent Tui Et Auxilium Mea Aedificium - Powiedziała moja babcia. W miejscu, w którym stał Dave unosił się prawie niezauważalny dym. Gdzie on jest? Znikł? Odsunęłam się od niej i spojrzałam na nią ze zdziwieniem.
- Spokojnie słonko, teleportowałam go na początek lasu. w tym samym czasie rzucając ochronne zaklęcie. Już ten typ nie będzie Cię męczył. A teraz chodź coś zjesz.- Weszłyśmy z powrotem do domu i zjadłyśmy śniadanie. Po skończonym posiłku poszłam do kuchni umyć naczynia. W tym czasie babcia szykowała się do wyjścia. Gdy już była u wyjścia, przypomniała mi się sprawa ze szkołą.
- Babciu, a co z tą nową szkołą? - zagadałam.
- A co ma być? Wszystko jest załatwione, oczekują cię od przyszłego tygodnia. - Powiedziała spokojnie.
- Tak szybko? - Zdziwiłam się.
- Zagrożenie jest coraz większe, a nie potrafisz jeszcze się odpowiednio bronić.
- A co z Is? Przyjaźnimy się, jest dla mnie jak rodzona siostra. - Babcia spojrzała na mnie z szokiem. Czyżbym powiedziała coś nie tak?
- Będziesz musiała z tym pogodzić. - I wyszła. Ostatnio zauważyłam, że moje życie jest jak domino, jak jedna rzecz się wali, to reszta idzie w jej ślady. Samej strasznie mi się nudziło. Nie miałam co robić, postanowiłam przejrzeć rzeczy znajdujące się na strychu. Może znajdę coś ciekawego. Poszłam na górę, było tam pełno kurzu, wszystko było przykryte starymi płótnami. Szarpnęłam jedno z płócien ze stosu rupieci spadła jedna, tajemnicza książka, prosto przed moimi stopami. Tak właściwie, to, to nie była książka tylko jakiś stary album ze zdjęciami. Jedna z fotografii wypadła z albumu. Podniosłam je i dokładnie obejrzałam. Przedstawiało....