Translate

sobota, 6 grudnia 2014

Impossible

                                                           Rozdział  XIII

    Po raz ostatni spojrzałam na jego idealnie wyprofilowaną twarz. Tyle razy go widziałam, w różnych momentach jego i mojego życia, naszych wspólnych sukcesów i niepowodzeń, w chwilach radości i bólu, ale teraz nie mogłam rozszyfrować żadnej z tamtych twarzy. Jakby były stare i zamazane. Teraz nie widziałam tajemniczego i aroganckiego Dave'a, zamiast niego widziałam dojrzałego mężczyznę i cokolwiek, by się nie stało właśnie tak go zapamiętam. Gdyby teraz ktoś wszedł do pomieszczenia z jego mowy ciała nie można, by było nic wywnioskować, jedynie z oczu przysłoniętych gęstą czupryną można było rozszyfrować jak obecnie się czuje, jak targają, nim emocje, jak bardzo jest zdeterminowany, żeby nas uratować.

- Jeśli będzie już za późno.., jeśli..nie uda Ci się nas uratować, obiecaj mi, że uratujesz, chociaż siebie..że nie zaprzepaścisz tego czego już my nie będziemy mieć i uratujesz siebie..i proszę, nie obwiniaj się, za to co się stanie, nie chcę żebyś przez resztę życia cie-erpiał..- Głos mi się załamał, a po policzku płynęła już łza..spojrzałam na osłupiałego po moich słowach Dave'a.
- Uratuję was i siebie, o to możesz być spokojna. - Powiedział, z niebywałą determinacją,
- Ale..- Zaczęłam, oczywiście nie mogłam dokończyć.
- Nie ma żadnego "ale" uratuję nas, choćbym musiał zawrzeć pakt z samym Lucyferem. Uratuję nas i jestem o tym święcie przekonany.- Złapał mnie za rękę w pocieszającym geście, po czym wyjął z kieszeni spodni pierścionek i włożył mi na palec. - Pierścień rodowy naszej rodziny, chciałbym żebyś go zatrzymała. Kiedyś mi pomógł, czas już, żeby znalazł nowego właściciela.- Uśmiechnął się blado.
- Dziękuję, za wszystko.- Odpowiedziałam, a mój głos rozniósł się echem po sali, rozbrzmiewając w mojej głowie jakbym to nie ja mówiła, tylko jakaś osoba znajdująca się wewnątrz mnie.

    Nie myśląc o tym wszystkim co mnie przytłaczało, skupiałam się na tym co się dzieje za ścianą, ciche, cierpkie wymiany zdań z których nic nie da się odczytać i odgłosy kroków. Chwileczkę...kroków?! Błyskawicznie odsunęłam się od Dave'a i na tyle, ile mogłam starałam się aby moja twarz nie odzwierciedlała żadnych emocji. Po chwili drzwi otwarły się z hukiem i do sali wszedł Evad.
-No no braciszku, słyszałem, że wybierasz się w Alpy? Tylko pamiętaj, że masz zdobyć podwójną porcję, po księgę na nieszczęście wybieramy się razem.
- Razem?
- Taka wola wuja, "w końcu ktoś musi wszystkiego dopilnować", a teraz zbieraj się i wyjdź. - Po chwili, która trwała dla mnie wieczność wyszedł.- Księżniczką zajmę się osobiście. - Zilustrowałam go najbardziej pogardliwym wzrokiem na jaki było mnie stać, najwidoczniej rozbawiło go to, bo zbliżał się do mnie na zdecydowanie niebezpieczną odległość. Wzrokiem rozglądałam się po sali w celu znalezienia potencjalnej broni, oczy stanęły mi na stole, gdzie obok wyłożonych owoców spoczywał cieniutki, ale bardzo długi i ostry nuż. Bez zastanowienia chwyciłam go, po czym wstałam i ustawiłam się w geście bojowym, z równie zaciętym wyrazem twarzy.
- Naprawdę myślisz, że taki nożyk jest w stanie powstrzymać mnie przed czymkolwiek?  

     Zdecydowanym ruchem chwycił za ostrze, po posadce rozlała się jego czarna, szkarłatna krew. W nadziei spojrzałam na twarz, której nie wykrzywiał grymas bólu.No to już po mnie. Bez zastanowienia chwyciłam krzesło znajdujące się obok i rzuciłam przed siebie, a potem kolejne i kolejne, żeby zwiększyć dzielący nas dystans. No i przy okazji spotęgować swoje szanse na ucieczkę. Po chwili zmagań jakim było rzucanie krzeseł spojrzałam na skamieniałego Evada, który stał i przyjmował kolejne ataki, nic sobie z nich nie robiąc. Rozzłoszczona chwyciłam miskę z owocami i trzepnęłam nią w Evada. Ani drgnął. Jedynie kącik jego ust uniósł się tworząc kpiący uśmieszek, nieszczery, nasiąknięty jadem. Palce zacisnęłam w pięści, tak, że pobielały mi kostki, starałam się nie myśleć irracjonalnie, babcia zawsze mówiła, że "z każdego problemu istnieje rozwiązanie". Nie, stop, przecież to kolejne kłamstwo.

- No dobrze, koniec już, zdążyłaś już chyba zauważyć, że nie uda Ci się nic zrobić. Lepiej, żebyś się z tym pogodziła.- Jego głos rozbrzmiewał echem i niczym szpilki boleśnie wbijał się w moją podświadomość. Przed oczami przemijało mi życie, jak w filmie, klatka po klatce.
I nagle mnie olśniło
-Immobilitate!*- Krzyknęłam a z moich palców wydobyły się oślepiające, błękitne iskry. Po chwili uformowały się one w kształt kuli. Z impetem owinęły całe ciało Evada czyniąc go skamieniałym. Ostatnią rzeczą jaką zapamiętałam był jego zdezorientowany wzrok.
Później uciekłam.
                             
                                                              *Oczami Dave'a*

    Po wyjściu z jadalni nie mogłem pozbierać myśli. Czy dobrze robię ryzykując swoje i ich życie? Właściwie nawet, gdybym tego nie zrobił i tak zabiliby nas wcześniej czy później. I jeszcze te parszywe kłamstwa, kogo on oszukuje? Siebie? Wysyła mnie w alpy, ponieważ chce abym przy następnej fazie zadania nie zginął. Co za bzdety. Nigdy się mną nie interesował, dla czego miałoby się to zmienić? Każde jego słowo to łgarstwo i nic nie znaczący stek bzdur. Ja muszę zrobić tylko jedno, wyeliminować i jego i Evada.

   Dotarliśmy do wielkich, starych, drewnianych drzwi. Widać było, że czas ich nie oszczędzał, od drewna odchodziła wyblakła czerwona farba. Było to dość zastanawiające, zważywszy, że wszystko, co znajdowało się w pałacu było nowe, sprawiało wrażenie jakby nikt wcześniej tu nie mieszkał, a nawet nic nie ruszał. Za to te drzwi diametralnie różniły się od wszystkiego co tu widziałem. Były tajemnicze i skrywały to czego wolałbym nie wiedzieć. Po chwili Thres otworzył gwałtownie drzwi i gestem ręki nakazał abym wszedł do środka.

-Tylko uważaj, jest stromo.- Poinformował mnie, po czym zapalił przyczepioną do ściany pochodnię i kierował się w duł po krętych, stromych schodach. W powietrzu unosił się silny zapach stęchlizny, starości i wilgoci dając iście duszący zapach. Schodząc tak kilkadziesiąt metrów w duł starałem się być jak najbardziej przyczepionym do wilgotnej ściany. Gdy w końcu dotarliśmy na normalny grunt odetchnąłem z ulgą, lecz był to dopiero początek przeszkód jakie na mnie czekają.
 
    Znajdywaliśmy się w czymś w rodzaju wielkiego, starożytnego więzienia. Z zatrważającą ilością lochów, nie wspominając o nieskończonej ilości krętych korytarzy. Ściany wykonane były z bloków kamiennych, które pod wpływem czasu skruszyły się. Dzięki czemu można było zauważyć w wielu miejscach ubytki o różnych wielkościach i głębokościach. Sufit, uformowany był w kształt łuku, na którym przyczepionych było wiele pajęczyn. Po chwili poczułem jakiś ruch w okolicy kostki. Zdezorientowany spojrzałem w duł, była to mała, szara myszka.
-Widzę, że lubisz zwierzaki?- Skrzywiłem się.
- Nie przeszkadzają mi. - Wzruszył ramionami, po czym otworzył najbliższy loch i wszedł do środka. Po chwili wracając z niewielką, czarną walizką którą mi wręczył. - Są tu wszystkie wskazówki dotyczące drogi do czarodzieja. Ah tak, czarodzieje nie robią nic za darmo, weź to, na pewno mu wystarczy. - Wyciągnął z kieszeni potężny worek ze złotymi monetami, po czym podał mi.- No, to powodzenia, siostrzeńcze.
 
 
_________________________________________________________________________________
*Immobilite- bezruch 

sobota, 30 sierpnia 2014

Impossible

                                                       Rozdział XII

    -Nie, to zadanie zostawiam Evad'owi, gdyby coś się stało Ty jesteś cenniejszy, bo widzisz, gdy ja umrę tobie pozostawię moc. Twój brat jest zbyt porywczy i lekkomyślny, nie zrobiłby z tej mocy pożytku. Twoim zadaniem będzie wyruszenie w alpy po wywar..choć nadal zastanawiam się jak mam was do tego wszystkiego przydzielić.. hm..- Wstał i zaczął chodzić po pomieszczeniu z kąta w kąt tupiąc przy tym butami o marmurową podłogę. Czemu wszyscy myślą, że jak wstaną i zaczną chodzić to wena twórcza do nich nagle napłynie? Jedyne co można zrobić to niepotrzebnie się rozproszyć, z resztą nie tylko siebie.. coraz bardziej to tuptanie działa mi na nerwy.
- Skończysz wreszcie? - Warknąłem w jego kierunku, po chwili można było usłyszeć odbijające się od ściany do ściany echo.
- Hm? Mówiłeś coś Dave?- Spytał jakby nagle obudzony z transu. Świetnie nie dość, że nieświadomie mnie irytuje, to jeszcze ignoruje. Żyć nie umierać.
- Pytałem czy mógłbyś w końcu skończyć chodzić..
- Lepiej się koncentruję jak moje nogi są w ruchu..
- To naucz koncentrować się na siedząco!- Wysapałem.
- No już, nie denerwuj się tak..
- Właściwie, skoro macie zamiar odnaleźć tę księgę to po co chcecie pytać Emily? Przecież wiadome, że nic nie wie, a tym bardziej jej siostra, ona jeszcze tydzień temu nie wiedziała, że ma siostrę!
- Zawsze trzeba się upewnić, po za tym, co się tak o nie martwisz? Przecież wiesz, na czym polega wydobywanie mocy z czarownic..Nie ma szansy żeby to przeżyły..
- O czym ty mówisz..- Zdziwiłem się.
- Arthur ci nie mówił? - Tym razem on się zdziwił.
- Wygląda na to, że zapomniał mi łaskawie wspomnieć..
- Żeby pozbawić kogoś mocy i przypisać ją sobie, trzeba podać osobie eliksir, później poprzez rytuał pozbawić ciało duszy. Ofiara cierpi w niewyobrażalnej agonii, cała moc zostaje wyssana z duszą i krwią, która przechodzi na osobę wykonującą rytuał..- Z każdym kolejnym słowem moje oczy coraz to szerzej się otwierały. Przecież..nie, nie mogę tego zrobić, wolałbym sam zginąć niż je poświęcić. Musi być jakieś wyjście. Myśl, no myśl! Ze zdenerwowania przeczesałem włosy drżącymi rękoma, zaczesując je przy tym do tyłu. Skoro Thres chce żebym wyruszył do czarodzieja, po wywar dla Evada, to, to zrobię.
- Kiedy mam wyruszyć? - Spytałem.
- Teraz.
                                                              *Oczami Emily*

    Obudziłam się z głuchym szmerem w głowie, ile ja mogłam spać? Przetarłam oczy wolną ręką, spojrzałam w miejsce gdzie, ostatnio widziałam Is. Niestety, teraz nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek tam była.
- Gdzie jesteś? Co się z tobą dzieje? - Zadawałam sobie pytania, nie wypowiadając ich na głos. - Proszę, nie zostawiaj mnie..- Rozbrzmiał mój głos po pomieszczeniu, robiąc głuche echo. Brzmiał tak nienaturalnie rozpaczliwie i chrypliwie, jakby ktoś inny mówił za mnie. Po chwili oczy zaszły mi się łzami i patrzałam jak krople spadają na podłogę robiąc malutką kałużę. Rękoma oplotłam ciasno nogi i tak po kilku minutach albo godzinach ponownie zasnęłam.

    Poczułam czyjeś ręce ściskające mnie za ramiona. Zaspanym wzrokiem spojrzałam na stojącą nade mną osobę, czy to.. Dave? Nie, to musi być nadal sen, uszczypnęłam się w rękę. Ułć!
- Co Ty robisz? - Spytał beznamiętnie. A jednak, to nie sen.. w jednej chwili rzuciłam się mu na szyję, przyciskając twarz do jego torsu. Mogłam usłyszeć rytmiczne bicie jego serca..
- Nie mogę uwierzyć, że tu jesteś..- Szepnęłam.- Dave.. tak bardzo się za tobą stęskniłam..- Ujęłam jego twarz w ręce.
- Jak widać, pomyliłaś mnie z tą gorszą wersją.. ale nie powiem, miłe przywitanie.- Momentalnie odsunęłam się od niego, na co zareagował przerażającym śmiechem, kompletnie nie podobnym do Dave.- Ale do rzeczy, nie przyszedłem tu po to, żeby się z tobą drażnić, musisz udzielić mi ważnych informacji na temat tego jak mamy sporządzić eliksir..
- Jaki eliksir..?- Spytałam w osłupieniu.
- Tylko mi nie mów, że nic nie wiesz, bo w to nie uwierzę.. a z resztą i tak dowiem się wszystkiego..- Podszedł do mnie i złapał za nadgarstek, po czym zaczął ciągnąć w kierunku wyjścia. Gdy próbowałam się wyszarpać z jego uścisku ten przycisnął mnie do ściany kuląc się tak, że miał teraz oczy na przeciw moich. - Jeśli będziesz próbować się wydostać, to spotka Cię kara, a tego nie chcemy. - Powiedział, po czym wysunął ostre jak brzytwa kły. Dwa razy mi nie musiał powtarzać, mechanicznie przytaknęłam głową i już chwilę później szliśmy plątaniną korytarzy w niekończącą się nicość..
 
    Po jakimś czasie krążenia w górę i dół w końcu dotarliśmy do ogromnej jadalni, przy stole znajdującym się na środku już ktoś siedział.
- Teraz? Może dasz mi jakieś wskazówki? Albo, gdzie dokładnie iść? - Spytał się ktoś..
- Radziłbym Ci nie rzucać się na niego, tak jak przed chwilą na mnie..- Szepnął mi prosto do ucha Evad. Podeszliśmy do stołu i zajęliśmy miejsca obok Dave'a i Thres'a jak mniemam. - Wuju, mogę porozmawiać z tobą na osobności? - Po trwającym wieczność ociąganiu się Thres'a w końcu wyszli, pozostawiając mnie i Dave'a samych.
- Pamiętaj, cokolwiek, by się nie stało i czegokolwiek, by Ci mówili nie wierz im, dobrze? Zaufaj mi, mam plan, uratuję nas, tylko proszę, zaufaj mi.- Poinformował mnie na jednym wdechu.
- Co? Jaki plan? - Spytałam.
- Nie mogę Ci powiedzieć, bo mogą Cię przepytać, a wtedy, jeśli się o wszystkim dowiedzą życie każdego z nas będzie wisieć na włosku. Po prostu mi zaufaj i nie wierz w żadne ich słowo. Obiecaj.
- Obiecuję.






środa, 20 sierpnia 2014

Impossible

                                                                  Rozdział XI
     Obudziłem się na czymś miękkim, otworzyłem oczy, wytężając przy tym wszystkie zmysły. Leżałem na wielkim małżeńskim łożu przyozdobionym baldachimem, o wzorzystym, czerwonym kolorze. Wziąłem głęboki wdech, do nozdrzy wpłynął mi zapach silnej stęchlizny zmieszanej z nieprzyjemną wonią fiołków, nie znoszę fiołków. Skrzywiłem się. Delikatnie, na tyle, ile pozwalały mi moje obrażenia podniosłem się na łokciach. Niestety, gdy wampir spożyje mało krwi ( tak jak to było w moim przypadku) nie jest w stanie w pełni się uzdrowić, pozostaje, wtedy osłabiony. Przeczołgałem się na skraj łoża i wolną ręką odsłoniłem zasłonę, tak, że mogłem w pełni rozejrzeć się po pomieszczeniu. Na drugim końcu pokoju stał Thres w towarzystwie mojego domniemanego brata, dyskutowali na jakiś temat zawzięcie.
-.. zajmij się tą drugą, może wyciągniesz z niej jakieś informacje.- Powiedział Thres przeglądając jakąś starą księgę, obłożoną starą popękaną skórą i pożółkłymi stronami. Wertował każdą stronę z taką zaciekłością, że jeszcze trochę a księga znalazłaby się na drugim końcu pokoju.
- I co powiem? " Zabiję cię, jeśli nie powiesz mi jak mamy was zabić." Nie wydaje ci się to śmieszne? To chyba oczywiste, że jeśli nawet wie, jak mamy dokładnie sporządzić wywar to i tak nam tego dobrowolnie nie powie. Tym bardziej, że będzie chciała chronić tą drugą. - Odpowiedział mu z przekąsem Evad.
- Dla tego, jeśli dobrowolnie nam tego nie powie, my ją do tego zmusimy. - Uśmiechnął się chytrze, podszedł do najbliższej pułki na której stało mnóstwo maleńkich, zakurzonych  fiolek. Wziął jedną z nich i podał Evad'owi.
- Jeśli nie będzie chciała współpracować, wlejesz nie więcej niż 3 krople do napoju albo jedzenia.
- I co nam to da?
- Przewagę, wcześniej czy później będzie musiała coś zjeść.- Wzruszył teatralnie ramionami, utrzymując przy tym obojętny wyraz twarzy.
    Evad niechętnie przystanął na tę propozycję, ale w końcu zabrał fiolkę i wyszedł z pokoju. Gdy był przy drzwiach spojrzał na wuja zrezygnowany, westchnął i trzaskając zamknął za sobą drzwi.
    I co mam teraz zrobić? Nawet jeśli rzuciłbym się do drzwi to na drodze stanie mi wujaszek i cały misterny plan szlag trafi. Bezsilny opadłem z powrotem na łóżko.
- Śpiąca królewna już wstała, hm? - Kotara zasłaniająca łóżko nagle się rozsunęła i ukazał mi się wuj z osobliwym wyrazem twarzy, gdy uchwyciłem jego spojrzenie poczułem nieprzyjemny dreszcz. Spojrzałem na niego z taką pogardą i niesmakiem na jaki było mnie tylko stać.
- Widzę, że długo nie piłeś - Wskazał moją posiniaczoną rękę. - Chodź, zejdziemy do jadalni, wyglądasz blado musisz się posilić.
- Co chcesz w zamian?
- Czego mam chcieć? Jesteś moim siostrzeńcem, moim obowiązkiem jest się tobą opiekować - Uśmiechnął się przy tym ironicznie. Jeszcze chwile a wybuchłbym gromkim śmiechem.
- Gdzie byłeś przez te wszystkie lata? Kto się mną opiekował? Wtedy to nie było twoim obowiązkiem, nie obchodziłem Cie i nic się w tej kwestii nie zmieniło. - Ostatkiem sił wstałem i stanąłem naprzeciw wuja. - Z resztą ja również nie jestem Ci dłużny.
-Radziłbym Ci być trochę milszy, inaczej wszystko odbije się na twojej księżniczce..- Spojrzałem w jego oczy, nie wyrażały nic innego niż kpinę i rozbawienie. 
-Coś jej zrobił?! - Krzyknąłem i złapałem za kołnierz jego koszuli przyciskając go do ściany.
- Jak na razie nic, ale dzięki tobie zarobi kilka dodatkowych tortur.. o tak już to czuję..- Roześmiał się ukazując rząd ostrych jak brzytwa zębów. 
-Czego chcesz? Co mam zrobić? - Spytałem przez zaciśnięte zęby. 
-Popracujemy jeszcze nad twoją uprzejmością, ale na razie chodźmy do jadalni, wyglądasz strasznie blado, jestem pewien, że zechcesz coś zjeść.- Otworzył drzwi i gestem ręki zachęcał mnie do wyjścia przodem, niechętnie doczłapałem się w jego kierunku i wyszedłem na korytarz. Szliśmy tak przez plątaninę korytarzy, schodów, mijając co chwila portrety osób o nieznanych mi twarzach. Na suficie wisiały ogromne, bogato ozdobione żyrandole, zaś na podłodze był położony długi ręcznie wyszywany czerwony dywan. 
    W końcu weszliśmy do ogromnej sali, gdzie przez środek przechodził wielki długi stół przystrojony pięknym koronkowym obrusem. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, na ścianach po prawej stronie wisiały różnokolorowe gobeliny, zaś z lewej przez ogromne mozajkowe witraże wlewało się światło, dając nietuzinkowy efekt i charakter całemu pomieszczeniu. Zajęliśmy miejsca naprzeciw siebie, po chwili przyszedł chłopak, niewiele młodszy ode mnie z kryształowym naczyniem jak do ponczu, w środku nie było nic innego jak szkarłatnego koloru krew. Nalał ją do szklanki, po czym mi podał, ukłonił się z gracją i bezszelestnie poszedł w kierunku, z którego przyszedł. Powąchałem zawartość, czy to.. 
-Nie martw się, oddał ją dobrowolnie. - Poinformował mnie łaskawie wuj.
- Nie wątpię. - Wypiłem całość duszkiem i odstawiłem szklankę na miejsce.- Tak więc, czego ode mnie chcesz? Co mam zrobić? I o co chodziło z tym eliksirem?
- Jak wiesz, od wielu lat pragnąłem zdobyć moc tych dziewczyn. Wszystko co mi potrzeba to sposób w jaki mam przygotować eliksir. Istnieją dwa światy, wodny i lądowy, na każdą z nich przypada jedna księga. Jak wiesz, lądową posiadam ja.Wszystko co było mi potrzebne do wykonania rytuału było w niej zawarte, ich rodzice wiedzieli co się kroi i postanowili wykraść mi akurat tą jedną kartkę, która najbardziej mnie interesuje..Oczywiście po tym jak zauważyłem, że owej kartki nie ma, wysłałem za nimi twoich rodziców, resztę już znasz..
- A co z lądowym? Nie wmówisz mi przecież, że nie próbowałeś jej wykraść..
- Tak, próbowałem.. rzecz w tym, że jest to bardzo ryzykowne. Wszystko znajduje się pod wodą, Samo dojście do księgi jest bardzo trudne, pilnują jej bowiem różne morskie stwory. Jest tam ogromna ilość raf, które działają usypiająco na wampiry, czasem nawet zbyt duża ilość może zabić. Cały proces może trwać nawet kilka dni, a jak wiesz.. wampiry tyle nie mogą wytrzymać bez powietrza.. dla tego, gdy kilku moich ludzi nie wróciło przestałem polegać na tej księdze.
- Wampir może przebywać pod wodą kilka godzin.. nie mówiąc o dniach..
- Właśnie, jedyne miejsce,  osoba która jest w stanie sporządzić wywar dzięki któremu można być pod wodą przez prawie tydzień. Trzeba iść wysoko w alpy, następnie dojść do groty mylnej, przejść przez sieć korytarzy aż do wyjścia po drugiej stronie. Stamtąd bardzo łatwo można dojść do groty czarodzieja, który sporządza te właśnie wywary z minerałów zawartych w skałach.
- Mówisz mi to, bo chcesz żebym wyruszył jako kolejny śmiałek?

sobota, 3 maja 2014

Impossible

                                                            Rozdział X 

    Mimo, to walczę, by pozostać przytomna. Ostatkiem sił wytężam wzrok i kieruję go na mojego oprawcę, jest odwrócony tyłem, wydaje mi się, że z kimś rozmawia, ale jestem zbyt ogłuszona, żeby zrozumieć sens tych słów. Powieki mam tak ciężkie, że mam ochotę zasnąć i się nie obudzić, a oddech tak płytki, że wystarczy, żeby ktoś przyłożył mi rękę do ust, a odeszłabym bezpowrotnie. Na ustach wyczułam coś lepkiego, delikatnie przejechałam językiem po wardze, wyczułam słodki, metaliczny smak, krew. Przerażona spojrzałam na odwróconą postać. Wampiry, gdy wyczują krew nie potrafią się opanować przed wypiciem jej. Nagle postać odwróciła się do mnie twarzą. Dave?! Ale.., to nie może być on.. przecież on nam pomagał!
- Nigdy..- Odezwał się mój napastnik. Usłyszałam łamanie się gałęzi pod wpływem czyiś kroków, a następnie urywki rozmowy i walki. Po chwili ktoś upadł, starałam skoncentrować się i wytężyć wzrok na tyle, żeby, chociaż na chwilę wiedzieć co się dzieje, żeby obraz z rozmazanego zmienił się w realny. W końcu udało mi się. Ktoś upadł niedaleko mnie, odwróciłam się na tyle, ile pozwalały mi moje obrażenia, niestety nadal nie mogłam rozszyfrować, kto poległ, ostatkiem sił doczołgałam się do ciała i twarz obróciłam w moim kierunku. Ukazała mi się umazana krwią i posiniaczona twarz Dave'a.Zakręciło mi się w głowie i musiałam podeprzeć się na dłoniach.Ktoś dotknął mojego ramienia, a następnie zacisną rękę, spojrzałam w górę na postać, która miała teraz twarz zakrytą czarnymi, postrzępionymi włosami sięgającymi mu ramion.
- Pokaż się, pokaż mi swoją twarz... - Powiedziałam, ledwie słyszalnie, przez chwilę wahałam się, czy nie powtórzyć, lecz postać wzięła rękę z mojego ramienia i powoli uniosła ją do swoich włosów, a następnie energicznie odgarnął je do tyłu ukazując twarz. Dave. Zerknęłam na Dave'a na ziemi i jeszcze raz na tego, który stał nade mną i przyglądał mi się z zaciekawieniem. Stopniowo wszystko zaszło się czernią.

     Powoli wracam do życia. Głowa mi pęka i zimno mi od bijącej chłodem posadzki. Wróciłam do domu? Nie, za szybko, by się to wszystko skończyło. A, więc, gdzie jestem? Podnoszę powieki i widzę ciemność. Lekko podnoszę się na łokciach, w głowie mi się kręci. Gdzie ja jestem? 
-Emily...?-Słyszę cichy głosik Is. Cieszę się, że żyje.
-Isabell?- Odpowiadam jej i próbuję namacać cokolwiek.
-Tu jestem.- Jej ręka lekko muska moje plecy. Odwracam się i czołgam się w jej stronę. Nagle napotykam opór, metalowe pręty. Czyżbym była w lochu? Tak na pewno, czuje ten zapach stęchlizny i ten chłód..
-Co się stało? Czemu nie jesteśmy w jednym lochu?-Mrużę oczy, by dostrzec coś więcej.
-Sama nie wiem, za dużo nie pamiętam. Ale mi się to nie podoba. Mam skute nogi..
-Ja tak samo..właśnie..nie wiem, ile z tego jest prawdą, ale..widziałam dwóch Dave'ów..
- Masz rozdwojenie jaźni? - Zachichotała.
- Dzięki Is, na tobie zawsze można liczyć. - Powiedziałam z przekąsem.
- Zawsze do usług. A tak na serio , jak mogłaś widzieć ich dwóch? - Zaczęłam jej wszystko opowiadać, mimo przerażającego chłodu i zapachu stęchlizny czułam narastające w niej z minuty na minutę coraz, to większe zaskoczenie.
- A co tobie się stało? Jak tu trafiłaś?
- Nie do końca pamiętam, ale . . jak wybiegłyśmy, to starałam się uciekać, gdzie się tylko dało, nie patrzałam na nic, biegłam, żeby biec i jak najbardziej się oddalić..W końcu, gdy zaczęłam logicznie myśleć, to przypomniało mi się o tobie, no, ale nadal biegłam i wiesz.. jak to ja potknęłam się o coś i upadłam..musiałam uderzyć o coś głową, bo straciłam przytomność..no i obudziłam się.. tutaj. Ciekawe co od nas chcą..
- Nie wiem i szczerze powiedziawszy nie chcę wiedzieć.

                                                   *Oczami Dave'a*

Strzał. Unik. Dwa uniki. Muszę się schować. Ktoś zaszedł mnie od tyłu.
- To będzie ostatni strzał. - Obiecałem sobie. Odwróciłem się twarzą do stojącego za mną napastnika, chciał obejść mnie od tyłu. Strzał. Unik. Upadłem. Chwilowa dezorientacja.
- Paniczu Evad.. Paniczu - Spojrzałem na nachylonego nade mną wampira, który przyglądał mi się z przejęciem. - Nic ci nie jest? Chodź, zaprowadzę cię do komnaty, odpoczniesz trochę i..- Przerwałem mu w momencie, kiedy pomagał mi wstać z lodowatej posadzki.
- Stop, stop, stop. Po pierwsze, jaki paniczu? Po drugie, jaki Evad? - Wampir patrzał na mnie jakbym był skończonym idiotą, lecz po chwili stania i bezczynnego gapienia się na mnie wybiegł z pomieszczenia pozostawiając mnie samego ze sobą. Dziwne..
Wstałem i oparłem się o ścianę z moimi plecami, rozejrzałem się po pomieszczeniu, wszyscy walczyli zażarcie nie zwracając na mnie uwagi. Gdy w miarę doszedłem do siebie ruszyłem do ogromnej dziury pozostawionej oczywiście przez nadprzyrodzoną moc Isabell i wyszedłem na zewnątrz. Wiał przerażająco zimny wiatr, od, którego do oczu napłynęły mi łzy, wziąłem głęboki oddech i starałem się nabrać właściwy trop. Pobiegły w stronę lasu. Szedłem i szedłem szlakiem wyznaczonym przez dziewczyny, gdy nagle poczułem coś wilgotnego na czole.Woda. Z każdą kolejną sekundą padało coraz mocniej, trzeba się pośpieszyć..Doszedłem na początek lasu, dwie rożne ścieżki, dwa różne życia.. Gdzie iść? Nagle usłyszałem czyiś zduszony krzyk, bez zastanowienia pobiegłem lewą ścieżką. Na miejscu zastałem leżącą, najpewniej nieprzytomną Emily, nad nią stał jakiś zakapturzony typek. Chciałem go zajść od tyłu, ale niestety suche liście idealnie mi przeszkodziły..
- Nigdy cie nie uczono, że nie ładnie jest atakować kogoś od tyłu? - Zapytał mnie tajemniczy ktoś oczywiście nadal odwrócony tyłem. Nic nie odpowiedziałem. - Wiesz, że jeśli, by udało ci się mnie zabić, to twój honor byłby z hańbiony? Bracie? - Nagle się odwrócił, ukazując się w całej osobowości. Był mniej więcej mojego wzrostu, tej samej budowy. Miał na sobie czarne jeansowe spodnie, białą koszulę zapiętą na 3/4 guzików tak, że widać było kawałek nagiej klatki piersiowej. Twarz miał częściowo zasłoniętą lekko falowanymi czarnymi włosami, sięgając mu do kości żuchwowej, właściwie, to było widać tylko jego tygodniowy zarost i ironiczny uśmieszek.
- Co jej zrobiłeś?!- Krzyknąłem.
- Spokojnie, wiem, że zależy ci na niej, ale jest tylko lekko ogłuszona. - Spojrzałem na jej twarz, z nosa ciekła jej gęsta ciemna ciecz, krew. - No i parę innych obrażeń..
Wyciągnąłem zza paska sztylet i rzuciłem się na mojego domniemanego brata, ten, jednak zwinnie ominął mnie i zdecydowanym ruchem wbił mi moją broń w brzuch, a następnie podstawił nogę tak, że upadłem nieopodal nieprzytomnej Emily. Ostatnie co widziałem, to jej, ledwie otwierające się oczy..


       

sobota, 29 marca 2014

Impossible

                                                            ROZDZIAŁ IX
                                                                Część II



- Uciekajcie, to pułapka! - Słyszę głos Dave'a, który niesie się echem po przerażająco ciemnej sali. Nagle zapalają się pochodnie, oświetlając przy tym całe majestatyczne pomieszczenie.Czyjeś ręce nagle oplatają mnie w tali, zaciskając się przy tym niemiłosiernie i pozbawiając mnie tchu. Szarpię się, próbuję uciec, ale ręce wokół mojej tali zaciskają się tylko coraz, to mocniej.Słyszę przeraźliwy krzyk Is, sama też mam ochotę krzyknąć. Dave'a ze względu na jego siłę trzyma aż trzech mężczyzn, tak jak ja i Is próbuje uciekać, ale niezbyt mu, to wychodzi. O co tu chodzi?! Nagle zza rogu wychodzi Arthur przytrzymywany, tak jak my wszyscy przez jakiegoś dryblasa. Czemu nic z tym nie robi? Czemu daje się tak pomiatać? Za nimi pojawiają się kolejne postacie, jedną z nich jest moja "babcia", obok niej idzie jakiś mężczyzna ma czarne włosy, jest przeraźliwie blady i poważny, tak jak i wszyscy znajdujący się w tym pomieszczeniu.
-Emily, co tu się dzieje? O co chodzi? - Krzyczy przerażona Is. Chcę jej odpowiedzieć, ale ktoś zasłonił mi usta ręką pozbawiając mnie dopływu powietrza. Podchodzi bliżej i kieruje się w stronę Arthura.
-Dobra robota Arthurze, szybko się uwinąłeś. A teraz..nie będziesz mi już potrzebny. - Znów machnął ręką, a człowiek, który go trzymał dźgnął go mieczem w brzuch. Arthur jęknął z bólu i padł na posadzkę. Spod ciała wydobyła się ciemna krew. W jego oczach dostrzegłam zaskoczenie pomieszane z przerażeniem i strachem. Zaczerpnął powietrza, a potem zamknął oczy i już się nie ruszał. Czy, to znaczy, że nie żyje? Wydałam z siebie zduszony krzyk. "Władca" tego zamku zaczął iść w moją i Is stronę. Zatrzymał się parę kroków dalej i uśmiechnął się.
-Nareszcie, magiczne bliźniaczki. Mające moc na tyle potężną, aby zniszczyć wampiry. Są w mojej pułapce i to ja przejmę ich moc.-Pułapka, Arthur nas wydał? Nie wierzę. Podszedł w stronę Dave'a już trochę bliżej. Stanął z, nim twarzą w twarz.
- A ty mój bratanku. Także zostaniesz zniszczony, bo przecież nie mogę pozwolić byś popsuł moje plany. Albo pozbawił tronu. - Zaśmiał się władczo.
-O czym ty mówisz?! Nie znam cię, ale wiem jedno, że ci się nie uda.
-Już mi się udaje. Jesteście pod moją władzą na moim terenie. Moi poddani zrobią wszystko, co, im rozkażę.-Przypatrywałam się tej wymianie zdań i czułam jak rośnie we mnie złość. Dave zdawał tez już nie wytrzymać, zaatakowałby. Ja też bym, to zrobiła, nie chce stracić mocy i jego, a co najwyżej sama umrzeć. Chwila, czy mi na, nim zależy? Co, jeśli tak, jeśli go pragnę. Nie mogę, to nie wypali. Próbowałam dalej się wyrwać. Ale, to było jak walka z wiatrakami. Chwila, a co z moją mocą? Zastygłam, zamknęłam oczy i skupiłam się na znakach i na tym, że potrzebuje się uwolnić, zadać wrogowi ból. Przeszedł mnie dreszcz, a potem usłyszałam grzmot i huk. Przecież jeszcze nic nie zrobiłam. Otworzyłam szybko oczy i zobaczyłam co się stało. Wszyscy leżeli na podłodze, a dookoła nich tynk. W plecy wiało mi zimny wiatr. Od wróciłam się i ujrzałam dziurę w ścianie. Obok mnie stała jedynie Is oglądająca swoje dłonie. Jej moc się uaktywniła, to wspaniałe. Ale za długo ta satysfakcja nie trwała. Wampiry, Edith i Dave poderwali się szybko. Nastawili kły, ich oczy zaszły się czerwienią. Dave zaczął działaś i rozbrajać jednego po drugim. Więc wszyscy skupili się na, nim.
-Zostawcie go! Brać dziewczyny! Ja się, nim zajmę!-Wykrzyczał wuj Dave, kiedy biegłyśmy do ciała Arthura. Oddychał, ale ledwo co.-Edith! Może ty się nimi zajmij! Przydaj się ma coś!-Rozkazywał dalej. Edith zaczęła do nas biec i strzelać czarami na wszystkie strony. Chciałyśmy zabrać Arthura, ale ona nam, to utrudniała, na szczęście żadna nie dostała zaklęciem. Stanęłyśmy do walki i też powyrzucałyśmy parę strumieni i to celnie. Ale tych wszystkich wampirów było coraz więcej i powoli nie dawałyśmy rady.
-Z-złączcie swoje ręce...-Szepnął, ledwo na wpół martwy Arthur. Zrobiłyśmy jak kazał i nagle między nami powstała silna nie przerywalna więź, zaczęły oplatać nas strumienie różnokolorowych iskierek, gdy całkiem zniknęły zaczęłyśmy rzucać zaklęciami nie zastanawiając się nawet, jaki skutek przyniosą, myślałyśmy tylko o tym, żeby przeżyć. Obok nas, gdy wampirów było już mniej stanął Dave.
-Musicie uciekać. Dam redę, on mnie nie zabije, jestem pewien, a nawet, jeśli, to nic, ważne żebyście żyły.-Powiedział.
-Nie zostawimy cię, a już na pewno nie ja, nie wybaczyłabym sobie, gdyby ci się coś stało..- Powiedziałam, to nagłos? Nie ważne.
-Macie uciekać!!- Krzyknął i, po czym, ledwie uniknął kolejnego ciosu zadanego przez wampira. Speszona pobiegłam do Is i szarpnęłam ją, chwilę później wyszłyśmy przez dziurę w ścianie i byłyśmy już na zewnątrz.Biegłyśmy w totalnych ciemnościach, jak najdalej się dało. Biegłam, dopóki zabrakło mi tchu. Zatrzymałam się i oparłam o drzewo.
-Is, stój muszę złapać oddech...Is..-Nikogo oprócz mnie nie było. Obejrzałam się dookoła i nigdzie jej nie było. Zgubiłam ją, musiałyśmy się rozdzielić.
-Is?!-Zawołałam, ale nikt mi nie odpowiedział.Usiadłam za drzewem i czekałam uspokajając oddech. Poczułam coś wilgotnego na zarumienionym policzku, woda? Z czasem kropel przybywało zamieniając się w porządny deszcz, a tym samym zamieniając piach na moim ubraniu w błoto. Nagle usłyszałam za sobą łamanie się gałęzi. Próbuję uspokoić swój przyśpieszony oddech, bez jakiegokolwiek skutku. Słyszę czyjeś kroki, są coraz bliżej i bliżej, ktoś bierze mnie za ramiona i unosi do góry, a następnie rzuca mną o drzewo jak szmacianą lalką, osuwam się po korze w dół. Czuje rozchodzący się po moim ciele ból. Obraz zaczyna mi się rozmywać, ale, mimo to walczę, by pozostać przytomna...

sobota, 22 marca 2014

Impossilbe

                                                             Rozdział IX


-Arthur równie dobrze może ją tego wszystkiego nauczyć. Nie wiem , co o tym myśleć. Poszperam w papierach, może coś znajdę..- Powiedział, po czym ruszył bezszelestnie w kierunku drzwi, ja zaś stałam i przyglądałam się jego zgrabnym ruchom, wszystko było tak płynne jakby uczył się tego od urodzenia. Zamykając drzwi spojrzał na mnie z tęskniącym wzrokiem. Centymetry dzieliły framugę od drzwi i nagle.. stanął przede mną, czułam jego przyśpieszony oddech na twarzy. No tak.. zapomniałam o jego mocach.. takich nie naturalnych.. Spojrzałam mu prosto w oczy i już wiedziałam, że wewnątrz płonie i nie może tego powstrzymać. Nagle złapał mnie za ramiona, przyparł do ściany i łapczywie wpił się w moje usta, tak jakby ten pocałunek miał być ostatnim w moim i jego życiu. Z każdą kolejną sekundą nasze pocałunki stawały się coraz bardziej namiętne. Jego ręce błądziły teraz po moich plecach i zsuwały się coraz niżej aż doszły do zapięcia od koszulki, powoli wsuwał palce pod przyjemny w dotyku materiał. Moja skóra pod wpływem jego dotyku przyjemnie piekła, a w brzuchu miałam motylki takie od, których mogłabym eksplodować. Wplotłam palce w jego włosy, przyciągając go jeszcze bardziej do siebie i tym samym zmniejszając dzielącą nas barierę do minimum. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z łączącej nas nici porozumienia, która z każdą kolejną spędzoną chwilą zamieniała się w więź, taką, której nic ani nikt nie jest w stanie przerwać.

    Co ty robisz? Zapomniałaś już co on ci wcześniej zrobił?

    Odezwał się w mojej głowie przenikliwy do szpiku kości głosik. Odruchowo odepchnęłam od siebie Dave'a, który właśnie ustami muskał moją szyję. Odsunął się na kawałek, lecz po chwili ponownie wpił się w moje usta przyszpilając mnie jeszcze mocniej do ściany, tak, że ręce miałam lekko uniesione do góry i przytrzymane jego rękoma. Jedyne co mi zostaje, to nogi.. Bezmyślnie uniosłam stopę i z całej siły kopnęłam Dave'a w piszczel. Jego twarz momentalnie stężała, spojrzał na mnie zbulwersowany. Ja zaś uderzyłam go z otwartej ręki w policzek. Po chwili w miejscu, gdzie go uderzyłam powstał czerwony ślad od mojej ręki.
-O co chodzi?- Wściekł się. - Myślałem, że..- Przerwałam mu.
- No, to, źle myślałeś.. - Odpowiedziałam mechanicznie. Rany co się ze mną dzieje?- Wyjdź stąd!-Zażądałam, a on zniknął w jednej sekundzie. Opadłam na łóżko, ale przedtem rzucając poduszką i wszystkim co się dało. Zanurzyłam twarz w poduszce i krzyknęłam. Co ja robię? Przecież, to wampir! On na pewno chce tylko mojej krwi, jemu nie mogę ufać, a co gorsza całować! Ale.. ja do niego coś czuje, podobało mi się, pragnę go, ale nie mogę! Nie! Znów wydałam krzyk, a łzy jakoś same popłynęły. Zwariowałam do końca.Wciąż widziałam przed oczami te scenę, ten pocałunek i to uczucie... miłości, namiętności, jego ciepła i dotyku.Na jego widok nogi mam jak z waty, cała się rumienię, jąkam, a serce bije mi tak szybko, że mogłoby wyskoczyć mi z piersi. Nie!! Boże, co się ze mną dzieje, nie mogę. Nie potrafię..zapomnieć. Może powinnam z, nim o tym porozmawiać, spytać się co tak naprawdę do mnie czuje? Tylko jak to zacząć? I, czy to wszystko, to nie są moje urojenia? Chyba najpierw pogadam o tym z Is, ona jest bardziej doinformowana w tych tematach.Zrezygnowana położyłam się do łóżka, szczelnie okryłam się kołdrą.

    Biegnij, biegnij, biegnij - Tylko ta myśl przychodzi mi przez głowę. Biegnę przez ciemny, wilgotny i przerażający las, niczym z najgorszych horrorów. Potykam się o własne nogi, czuję..czuję, że zaraz mnie dopadną i będzie po mnie. Zdyszana, umazana błotem i mokra od padającego deszczu, kryję się za jednym z drzew. Próbuję uspokoić swój przyśpieszony oddech, bez jakiegokolwiek skutku. Słyszę czyjeś kroki, są coraz bliżej i bliżej, ktoś bierze mnie za ramiona i unosi do góry, a następnie rzuca mną o drzewo jak szmacianą lalką, osuwam się po korze w dół, wszystko staje się rozmazane. 

    Budzę się z krzykiem, cała zalana potem, a wszystkie moje kończyny powyginane są pod różnymi kątami. -To był sen. To był tylko głupi sen. - Wmawiałam sobie.
                                         
                                                *Następnego dnia, Oczami Dave'a*

    Wstałem przynajmniej półtorej godziny przed wszystkimi, to mi musi wystarczyć. Pewnym krokiem ruszyłem do gabinetu, gdzie znajduje się kącik Arthura z różnorodnymi papierami . Mówił mi, że nie ma tam nic ciekawego, chyba że interesują mnie pisma z urzędów i tym podobne. No, to za chwilę dowiemy się, czy, aby na pewno nie ma tam nic ciekawego.. Otworzyłem pierwszy kredens, z górnej półki posypało mi się na głowę kilkadziesiąt zakurzonych kartek. No, to pięknie..Zabrałem się za zbieranie tego wszystkiego. Skarbówka, bank, opłaty..nic niezwykłego.Odłożyłem wszystko na swoje miejsce i z nadzieją zabrałem się do dalszego przeglądania. Po bezsensownych poszukiwaniach, zirytowany odłożyłem wszystko do szafki i ją zamknąłem. Opadłem bezwładnie na krzesło i okręciłem się na, nim. Gdy się zatrzymało przemierzyłem pokój w poszukiwaniu jakiegoś miejsca, gdzie mogłoby być coś ciekawego. Nagle moją uwagę przykuła mała skrzynka przykryta czarnym materiałem. Ostrożnie otworzyłem wieko i zajrzałem do środka.Stary skórzany notatnik, jakaś książeczka, zegarek i..zdjęcie? Zaciekawiony przyjrzałem się głębiej. Fotografia przedstawiała dwóch uśmiechających się od ucha do ucha chłopców, mogli mieć nie więcej niż pięć lat.W tle widać było rozłożysty las oraz zamek, rodem z filmów Tima Burtona. Przyjrzałem się dokładniej twarzą chłopców, każdy z nich miał bardzo ciemne włosy.Te same zgrabne nosy, odcień skóry, usta, wszystko takie same, tylko ich mimika była inna.. niby obydwoje się uśmiechali, ale jeden z nich..tak, parszywie? Kpiąco? Odwróciłem zdjęcie na drugą stronę w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji. Był tam napis, ale zamazany korektorem, dziwne. Czyżby Arthur chciał coś ukryć przede mną? Ostrożnie zdrapałem zamalowaną powierzchnię, napis dla normalnego człowieka nie byłby czytelny, ale oczy wampira są wyostrzone i widzą wszystko. Nawet najdrobniejszy kurz.

    Bracia Creews. 

    Bracia? Ja mam brata? Spojrzałem jeszcze raz na fotografię, a potem znów na napis. Odłożyłem je na bok i zacząłem przeglądać resztę papierów z tego pudełka, gdy usłyszałem kroki na schodach. Szybko schowałem papiery do skrzynki i położyłem na swoje miejsce. Wziąłem do ręki zdjęcie i ruszyłem ku drzwiom, wyciągnąłem rękę ku klamce, lecz ta poruszyła się, zanim ją dotknąłem i do pokoju wszedł Arthur.
-Jak, to wytłumaczysz?- Wskazałem zdjęcie. Widziałem w jego oczach zakłopotanie. Czekałem na wyjaśnienia, ale nastała krępująca cisza.
-No i co nie masz mi nic do powiedzenia?!-Poniosło mnie.
-Dave..
-No co?!- Krzyknąłem.
-Nie unoś się tak, jeszcze obudzisz dziewczyny.
-Nie obchodzi mnie to! Chce wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi.-Rzuciłem mu zdjęciem w twarz.
-Uspokój się..
-To mój brat! Mam brata!
-Ja..
-Tak, czy nie?!
-Tak..
-Okłamywałeś mnie?! Dlaczego nic mi nie mówiłeś?!
-Nie mogłem.. ja..- Wyszedłem trzaskając drzwiami i pozostawiając go samego ze sobą i własnym starganym sumieniem. Przechodziłem właśnie obok pokoju Emily, kiedy usłyszałem dochodzący z niego krzyk. Przeczekałem chwilę, wziąłem głęboki oddech, a następnie bez pukania wtargnąłem do środka.

                                                             *Oczami Emily*

    Drzwi otworzyły się z rozmachem, wszedł przez nie Dave pytając:
-Coś się stało?- Widać było, że jest lekko zdenerwowany. Jego źrenice były rozszerzone.
-A tobie co?- Zapytałam kpiąco.
-Mi? Nic, nic, zbieraj się i budź Isabell, bo zaraz po śniadaniu wyruszamy.- Wyszedł i zatrzasnął drzwi.

    Nerwus... Wstałam i poszłam obudzić Isabell, która z trudem dała się wyciągnąć spod ciepłej kołdry. Wzięłam prysznic i ze wszystkimi torbami zeszłam na dół zjeść śniadanie. Dave miał spuszczoną głowę, a Arthur wyglądał ma przygnębionego. Bałam się odezwać i Is też, od czasu do czasu posyłałyśmy sobie pytające spojrzenia.Nie ma to, jak napięta atmosfera na miłe rozpoczęcie dnia..Po zjedzonym śniadaniu wszyscy wyszliśmy przed dom.
- Dobra, a więc.., żeby dostać się do szkoły trzeba się teleportować..- Zaczął tłumaczyć Arthur.- Zaraz wytworzę teleport, ale najpierw musimy ustalić w jakiej kolejności przechodzimy.. Aha i musimy, to robić po kolei, bo, inaczej może się wam coś stać..i załatwmy, to w miarę szybko, bo, inaczej będę musiał wytworzyć, to jeszcze raz, przy czym stracę sporo energii..Jakieś pytania?- Nastała cisza. - Nie? No dobrze Emily ty przejdziesz jako pierwsza, później Isabell, Dave i ja na końcu.- Odszedł od nas kawałek i wysypywał jakiś proch na trawnik, dziwnie przy tym wymachując rękoma, a po chwili jak zahipnotyzowany powiedział. - Ianuae Magicae - W miejscu, gdzie wysypany został proszek pojawiła się szara, mglista otchłań.-Emily, nie chcę nic mówić, ale powinnaś robić, to szybciej..- Ponaglał mnie Arthur. Wzięłam głęboki oddech, zacisnęłam usta w wąską linię, zamknęłam oczy i skoczyłam w przepaść. Czułam się jakbym latała nie mając skrzydeł. Uniesienie, to uczucie rozpierało mnie od środka..sprawiało, że czułam się wolna i niezwyciężona, jakbym mogła zdobyć na tym świecie wszystko i wszystkich i nic nie byłoby w stanie mi się przeciwstawić. I nagle..upadłam, jak anioł któremu przyszło stanąć twarzą w twarz z szarą rzeczywistością. Powoli otworzyłam powieki i rozejrzałam się po okolicy. Przed oczami miałam ciemność. Czułam przeraźliwy chłód.
- Ale, to było dziwaczne.- Usłyszałam głos Is za sobą, no, to zaraz dołączy do nas reszta.

                                                    *Oczami Dave'a*

    Przygotowywałem się do skoku, gdy zauważyłem, że Arthur idzie do domu.. co jest?
-Ej, kierunki ci się pomyliły? - Krzyknąłem.
-Eh, chodź zaraz ci wszystko wyjaśnię..
-''Wyjaśnisz''?!
-Bo widzisz..pamiętasz jak pojechałem po rzeczy Isabell i Emily?- Przytaknąłem skinięciem głowy. - Czekał na mnie twój wuj, szantażował mnie, że jeśli ich nie wydam, to zabiją mnie, ciebie i je..
- Chcesz mi powiedzieć, że dobrowolnie skazałeś je na śmierć? Jak mogłeś?! - Wrzasnąłem.
-Nie miałem wyboru, gdybym tego nie zrobił tak, czy siak, by nas odnaleźli.
-Zachowałeś się, jak zwykły tchórz, nie chcę cię znać.- Nie czekając na odpowiedz skoczyłem w pozostałości po teleporcie. Już po chwili byłem na miejscu.
- Co tak długo? - Spytały mnie równocześnie, były oddalone ode mnie o kilkanaście metrów. Nagle w ułamku sekundy otoczyły mnie czarne zakapturzone postacie, już wiedziałem co się kroi.
- Uciekajcie, to pułapka!
                                     
                                               
                                                       KONIEC CZĘŚCI I

 
 

sobota, 8 marca 2014

Impossible

                                               ROZDZIAŁ VIII


- Znowu się spotykamy. - Usłyszałem za sobą znajomy głos. Odwróciłem się, niestety nie mogłem dostrzec, kto to był, gdyż postać była zakapturzona, ale domyśliłem się, kto to.
- No, ile, to już czasu się nie widzieliśmy? Rok? Dwa? Może więcej? - Mówił, przy czym krążył po pokoju, a ja stałem w miejscu i patrzyłem na najjaśniejszy punkt w pokoju, kominek. Po chwili zapewne zorientował się, na co patrzę, stanął naprzeciw mnie, światło z kominka wyraźnie podkreślało jego czarną pelerynę. Powoli podniósł ręce nad głowę i zdjął kaptur. Stałem oko w oko z Thres'em Cooper'em.
- Pamiętasz co mi kiedyś przysięgałeś? - Przytaknąłem ze spuszczoną głową.
- A pamiętasz co się dzieje z takimi jak ty? Którzy nie dotrzymali danego mi słowa? - Z przerażeniem na niego spojrzałem, Cooper wydawał się być tym rozbawiony.
- Nie musisz się obawiać, przynajmniej nie teraz. Ostatnim razem dałem ci zadanie, nie wykonałeś go.., bardzo mnie tym zawiodłeś, Arthurze. Mógłbym nawet teraz się z tobą rozprawić, ale jesteś mi do czegoś potrzebny..
- Ciekawe do czego. - Prawie warknąłem.
- Masz przywieźć do mnie całą trójkę. - Wytrzeszczyłem oczy. - Myślałeś, że nie wiem? Arthurze, nie jestem głupi, mam przecież ludzi od..
-.. Od szpiegowania mnie? - Prychnąłem.
- Pamiętaj do kogo się zwracasz. A po za tym, przychodząc do mnie wiedziałeś, na co się piszesz, więc twoje oburzenie jest totalnie nie na miejscu. - Kurde, ma mnie w potrzasku i co ja mam zrobić? Zabije mnie, jeśli mu nie pomogę. Ale zabije Emily i Isabell, jeśli mu pomogę.. Nie! Nawet o tym nie myśl! Musi być przecież jakieś inne wyjście prawda? Moje rozmyślenie przerwał mi Thres.
- No dobra, skoro wszystko już sobie wyjaśniliśmy, to nie będę zawracał ci głowy, w końcu musisz zająć się swoim zadaniem. - Uśmiechnął się parszywie, szedł w kierunku wyjścia, ale w ostatniej chwili zawrócił.
- A i masz trzy dni, jeśli w tym czasie nie zobaczę całej trójki, ja osobiście dopilnuję, aby przybyli, a, wtedy własnoręcznie się z tobą rozprawię. - Zarzekł się i wyszedł trzaskając drzwiami. No, to świetnie, wszyscy jesteśmy w czarnej dupie. Tylko co ja mam zrobić? W sumie, to i tak jakbym ich tam nie przyprowadził oni prędzej, czy później, by nas dorwali, a, wtedy tak, czy siak bylibyśmy martwi. Musi być jakieś inne wyjście..Nie no, w sumie, to nie ma innego wyjścia. Tylko, po co mu Dave? Przecież nigdy mu na, nim nie zależało, fakt faktem jest jego wujem, ale do tej pory nie robił nic, żeby dać mu, chociaż namiastkę tego, że są rodziną. Co on chce od tego dzieciaka? Mógłbym wyliczać tak w nieskończoność, ale mus, to mus trzeba w końcu wrócić.Z powrotem teleportowałem się do domu.
* W tym samym czasie, oczami Emily*
Ktoś krzyknął z kołu, przestraszona zbiegłam po schodach na dół i rozglądałam się po całym salonie. Kto to? Nikogo nie ma.
- Coś się stało? - Ktoś położył mi rękę na ramieniu.
- Aaaa!- Wrzasnęłam bezmyślnie, odwróciłam się i spojrzałam wściekła na rozbawionego Dave'a, ten podniósł ręce do góry w geście '' Rączki przy sobie''
- Czemu się tak czaisz? - Wytknęłam mu.
- Wcale się nie czaję, przyszedłem tylko na kolację. - Ręką wskazał blat, na którym stała szklana butelka z czerwoną zawartością, krew. Zrobiło mi się niedobrze i chyba, to zauważył, bo dodał. - Nie martw się to nie jest ludzka krew, tylko zwierzęca. - Powiedział na swoją obronę, a ja spojrzałam na niego spode łba. - A ty, po co tu przyszłaś?
- Usłyszałam, że ktoś krzyczy..- Przerwał mi.
- To Arthur pojechał po wasze rzeczy. - Wyjaśnił mi.
- A co będzie dalej? Przecież nie możemy ciągle zawracać wam głowy. Po za tym dom rodziców stoi i niszczeje, możemy z Is tam zamieszkać.
- To zbyt niebezpieczne, dopiero co chcieli was porwać, teraz pewnie się tam kręcą wampiry. Nie będziemy ryzykować, zostaniecie u nas.
- Na stałe? - Spytałam z po wątpieniem.
- Jeśli chcesz..- Arogancko się uśmiechnął. Głupi myśli, że dam się nabrać na jego żałosne filtry. Może inne tak reagowały, ale na pewno nie ja..
- Czemu się zarumieniłaś? - Na jego twarzy pojawił się bezczelny uśmiech. - To przeze mnie?
- Przestań już suszyć zęby co? - Zirytowana zakryłam twarz rękoma i poszłam do kuchni, zaczęłam wyciągać produkty potrzebne do robienia kanapek..
- Co robisz? - Spytał Dave siedział teraz na blacie, dokładnie za moimi plecami w ręce trzymał butelkę z krwią którą co jakiś czas pił. Miał od niej soczyście czerwone usta.
- Kolację, jaki widzisz, jak też muszę się w końcu posilić. - Obierałam w tym momencie pomidora ze skóry, aż zachciało mi się rzucić, nim w Dave..
- Mhm.., pomogę ci. - Zgrabnie zeskoczył i pomagał mi w przygotowaniu kanapek, niby nic dziwnego, gdyby nie to , że kroił warzywa obejmując mnie w pasie. Skrępowana wzruszyłam ramionami i opuściłam ręce w dół. On, za to przybliżył się jeszcze bliżej, tak, że czułam jego ciepły oddech na karku.Instynktownie odchyliłam głowę do tyłu tak, że teraz jego broda opierała się na moim ramieniu. Musnął ustami moją szyję..
- Eee, to ja wam nie będę przerywać..- W drzwiach stała speszona Is i wpatrywała się w nas w osłupieniu. To przywróciło mnie do rzeczywistości. Odsunęłam się , jak oparzona od Dave'a. Rany, miałam o, nim zapomnieć! Boże, co się ze mną dzieje?!Chciała już wyjść, ale ja pobiegłam do niej i przytrzymałam nie chcąc, by wyszła. Rany, co ona sobie musiała pomyśleć, zastając nas w takiej sytuacji? Spojrzała na mnie spode łba, po czym wybuchła niekontrolowanym śmiechem.
- Żałuj, że nie możesz zobaczyć swojej miny. - Ciągle rechotała, miałam wrażenie, że jeszcze chwila, a padnie na ziemie i zacznie się turlać.
- Przyszłaś tutaj się ze mnie ponabijać..?-
- W sumie, to przyszłam przeprosić..- Zawiesiła się. Podeszła do Dave'a i wyciągnęła do niego rękę na znak zgody. - Wiem, że źle zrobiłam oceniając cię zbyt pochopnie, przepraszam cię, za to.- Uścisnęli sobie dłonie. Z racji, iż Is nigdy nie przepraszała miała trochę nietęgą minę, ale przez ułamek sekundy w jej oczach dostrzegłam skruchę.
- Przeprosiny przyjęte.
Następną godzinę rozmawialiśmy przy stole i zajadaliśmy kanapki. Naturalnie Dave miał swój specjał.
- W sumie, to, dlaczego Arthur tak długo nie wraca? - Zagadałam.
- Mi też wydaje się to dziwne, zawsze..- Zawiesił się, gdyż ktoś wszedł do środka. Jak się okazało był, to Arthur z naszymi rzeczami. Wydawał się być zdenerwowany, a jego twarz była biała jak pergamin. Z wielkiego wora zaczął wyjmować nasze rzeczy. Co dziwne zabrał ze sobą krzesło od toaletki Is, a mówi się to torebka kobiety jest jak czarna dziura..
- Nic ci nie jest, Artur? - Spytał się go Dave, nic nie odpowiedział tylko dalej wyjmował rzeczy. - Artur! - Przestraszony upuścił moją kosmetyczkę. Na szczęście, że nie Is..
- Wszystko jest w jak najlepszym porządku, o co ci chodzi? - Przy ostatnich słowach się za jąkał.
- Skoro tak uważasz..- Powiedział zrezygnowany Dave. Każdy szedł już do swoich pokoi.
- Właśnie, chciałem wam coś powiedzieć..- Zagadał w ostatniej chwili Arthur. - Jak byłem po wasze rzeczy w okolicy wyczułem obecność wampirów.., musicie pojechać w końcu do szkoły, tam będziecie bezpieczni, a co najważniejsze twoja moc Isabell będzie się mogła uaktywnić.
- A co ze mną..? - Spytał Dave.
- Możesz z nami jechać.
-Kiedy mamy tam pojechać? - Spytałam.
-Macie się stawić w ciągu 3 dni. - Każdy poszedł do siebie. Weszłam do pokoju i nie przebierając się w piżamę padłam na łóżko. Eh..w sumie, to nawet nie muszę się rozpakowywać, zrobię to, jak będziemy na miejscu. Ciekawie jak tam będzie, może poznam kogoś fajnego? Nie wiedzieć czemu przed oczami stanęła mi twarz Dave'a. Rany, co się ze mną dzieje? Nie mogę myśleć o wrogu. Nie mogę. Stop. To nie jest mój wróg. Ale powinien, nim być.Odezwał się cichutki głos w moje głowie. Nie, no zwariuję. Poszłam do łazienki i przemyłam twarz zimną wodą, spojrzałam w lustro. Wszystko we mnie było takie same. Oczy, nos, usta, policzki. Wszystko. A, jednak coś się zmieniło, odkąd dowiedziałam się prawdy. Jakaś część mnie zmieniła się nieodwracalnie. Stałam się..nieufna? Tak, to chyba, to. Gdy już się odświeżyłam poszłam do pokoju oczywiście jak to ja zapomniałam piżamy i musiałam paradować w samych koronkowych figach i staniku.
- Cholera, gdzie jest ta przeklęta piżama?! - Przeklęłam pod nosem. *Puk, Puk* To pewnie Is, przyszła jak zawsze pogadać. - Wchodź!- Krzyknęłam bezmyślnie, odwrócona tyłem do drzwi, dalej szukałam w stosie z moimi rzeczami piżamy.
-Fiu Fiu - Zagwizdał ktoś. No, nie, nie mówcie mi, że to..- Jak dla mnie możesz tak zawsze się ubierać. - Odwróciłam się, za mną stał Dave, z bezczelnym uśmieszkiem na twarzy. Skrępowana wzięłam najbliższą bluzkę i założyłam ją z prędkością światła. On, jednak dalej lustrował każdy centymetr mojego ciała.
- Potrzebujesz większej miary? - Prawie warknęłam. - Po raz kolejny pytam. Po co tu przyszedłeś?
- Nie wydaje ci się to wszystko dziwne? - Usiadł na łóżku, zrezygnowana poszłam w jego krok.
- Co na przykład?
- Arthur wrócił dzisiaj taki zdenerwowany.., nie wydaje ci się dziwne, że od razu wyskoczył ze szkołą? Dom jest całkowicie bezpieczny, zabezpieczał go tymi wszystkimi czarami.. nikt poza, nim nie jest w stanie obalić takie zaklęcia.
-Niby tak, a co z Is? W tej szkole ma rozwinąć swoją moc..
-Arthur równie dobrze może ją tego wszystkiego nauczyć. Nie wiem, co o tym myśleć. Poszperam w papierach, może coś znajdę..