Translate

sobota, 15 lutego 2014

Impossible

                                                    ROZDZIAŁ V


    Zdjęcie przedstawiało mężczyznę i kobietę, byli elegancko ubrani i wyglądali na młodych. Każdy z nich trzymał na rękach po jednej dziewczynce. Mężczyzna trzymał czarnowłosą dziewczynkę podobną do niego. Natomiast kobieta trzymała dziewczynkę podobną do niej, czyli jasnowłosą. Wszyscy byli uśmiechnięci, radośni, widać było, że to kochająca się rodzina. Po chwili, gdy nieustannie lustrowałam zdjęcie, postacie poruszyły się. Z rąk dziewczynek wystrzeliły różnokolorowe iskierki, identyczne do tych z łazienki. Zdjęcie ponownie znieruchomiało. Ich twarze wydawały mi się dziwnie znajome. Odwróciłam zdjęcie, był tam jakiś napis. Wytężyłam wzrok i przeczytałam.

      Rodzina Lotario nareszcie w komplecie.

     O co tu chodzi..? Czemu ci ludzie mają takie same nazwisko co ja..? Czy, to moi rodzice? A ta dziewczynka? Czyżbym miała siostrę? Gdzie ona jest? Dla czego babcia, to przede mną ukrywała?! Mój mózg od nadmiaru pytań pękał w szwach. Tego jest zdecydowanie za dużo..Otworzyłam album, by zobaczyć więcej zdjęć. Jedno z nich przedstawiało dom, ponownie odwróciłam zdjęcie. Nie myliłam się, był tam napis

      Invictus

    Spojrzałam znów na fotografię, w głowie błysnęło mi wspomnienie. Byłam już tam albo kiedyś, gdy błądziłam po mieście napotkałam, to miejsce. Wiem, gdzie, to jest! Ale.. jak ja tam wejdę? Musi tu być klucz albo cokolwiek czym mogłabym wejść do środka. Tylko od czego, by tu zacząć? Pełno jest tutaj tych stert, nigdy tego nie znajdę. Zaczęłam szukać kluczy, po jakimś czasie w końcu je znalazłam, leżały w jakimś pudełku, które było zbunkrowane pod jednym ze stosów. Był, to srebrny klucz, z wygrawerowanym napisem ''Invictus''. Nagle usłyszałam otwieranie się drzwi wejściowych. Babcia..schowałam klucz do kieszeni w spodniach, zabrałam też zdjęcie i szybko zbiegłam na dół.
- Już jestem. - Poinformowała mnie babcia.
- Super..! - Odpowiedziałam schodząc.
- Co porabiałaś? - Zapytała.
- Um.. poszperałam w starych rzeczach na strychu, przeglądałam zdjęcia..
- Wiesz przecież, że nie wolno ci tam wchodzić. - Rozzłościła się.
- Mówiłaś mi to, jak byłam mała, żebym nie narobiła zbędnego bałaganu. Teraz jestem na tyle dojrzała , że nawet jeśli nabałaganię, to, to posprzątam..
- Co nie znaczy, że nie możesz tam wchodzić. Nie ma tam nic ciekawego, same rupiecie i kurz.
- Nie prawda. Zobacz co znalazłam. - Podstawiłam jej pod nos zdjęcie - Kto to jest? - Zapytałam patrząc jej przy tym prosto w oczy, widziałam w nich niepokój.
- To.. to jest brat twojego ojca z małżonką. A.. to jest ich córka - Wskazała na dziewczynkę o blond włosach - A to jesteś ty - Wskazała tę drugą - Niestety, wyjechali z kraju.- Miałam pewne wątpliwości co do wiarygodności jej słów. Wyglądają tak zgranie.., to musi być jedna rodzina. I jeszcze, to podobieństwo, coś tu jest nie tak.
- Dlaczego nigdy nie opowiadałaś mi o rodzicach, o reszcie rodziny? - Postanowiłam zapytać.
- Bo nie pytałaś. Zresztą sama nie mam z nimi wszystkimi kontaktu, odkąd sprowadziła się tu siedziba wampirów.
- Siedziba wampirów? - Dopytywałam.
- Oh.. no wiesz..nie masz czegoś do zrobienia? - Nie wierzę, po tym wszystkim jeszcze ma czelność wymigiwać się od odpowiedzi. Trudno, jak ona mi nic nie powie, to ja sama się wszystkiego dowiem.
- O właśnie, miałam się spotkać z Is. - Skłamałam. Pójdę odszukać ten tajemniczy dom. Może tam się czegoś dowiem. Nie no na pewno coś tam będzie.
    Ubrałam buty, kurtkę i wyszłam. Ruszyłam zdecydowanym krokiem na najbliższy przystanek autobusowy. Gdy już byłam w okolicy, zaczęłam się zastanawiać jak tam dokładnie dojść. Pamiętam tylko jak przez mgłę, że było to dość daleko.. Usiadłam na pobliskiej ławce i wyjęłam klucz. Obróciłam go parę razy w palcach i nagle dostałam wizji. Przecież przedstawia tabliczkę z nazwą przystanku! Wsiadłam do nadjeżdżającego autobusu i wysiadłam na właściwym miejscu. Była to spokojna dzielnica, jak na mój gust zbyt spokojna. Ruszyłam wąską ścieżką, szłam tak dość długo. Domów było coraz mniej, a asfaltowa droga przechodziła w piach.W końcu natrafiłam na ostatni zakręt w lewo. W oddali widziałam coś czarnego przypominającego pręty niestety byłam zbyt daleko, żeby rozszyfrować, co to konkretnie było. Gdy byłam wystarczająco blisko zauważyłam, że to pięknie zdobiona brama. Chyba trafiłam. Za nią rozpościerał się piękny biały dom z ogromnym ogrodem i fontanną. Wszystko niestety było opustoszałe i zaniedbane. Kwiaty obumarłe, brudna woda w fontannie. Porośnięty kłączami dom i brama. Kiedyś z pewnością było tu pięknie i te przepiękne chwile..Skąd, to wiem? Po prostu, to czuję. Mniejsza z tym. Muszę jak najszybciej dowiedzieć się całej prawdy, nie zniosłabym kolejnych informacji, które w przyszłości okazałyby się mylne. Ciekawe co z tą blond dziewczynką. Pchnęłam bramę, zaskrzypiała. Byłam już na posesji i ostrożnie kierowałam się ku drzwiom wejściowym. No, to czas dowiedzieć się prawdy. Wyjęłam klucz i przekręciłam go w zamku. Znowu dostałam wizji.
    Biegłam goniąc jasnowłosą dziewczynkę. Razem przekroczyłyśmy próg domu śmiejąc się.
    Gdy powróciłam do rzeczywistości trochę zakręciło mi się w głowie. Czyli teraz zamiast dreszczy mam wizje wzięte ni z tego ni z owego? Eh.. popchnęłam lekko drzwi, weszłam do środka i ostrożnie zamknęłam je za sobą, oparłam się o nie i zaczęłam rozglądać.. Po lewej stronie była kuchnia z jadalnią, a po prawej salon z kominkiem. Wszystko było zaniedbane, ale miało w sobie ''to coś''. Naprzeciw mnie znajdowały się ogromne schody prowadzące na górę, które rozchodziły się na dwie strony tak, że nade mną był balkon. Po prostu wielkie wooow! Udałam się do salonu, tam muszą być jakieś papiery albo więcej zdjęć. Oczywiście, nie myliłam się. Na jednej ze ścian wisiało pełno zdjęć. Spojrzałam na znajdującą się nieopodal komodę. Zajrzałam do środka, roiło się tam od papierów i fotografii. Bingo! Postanowiłam wziąć jedno do ręki, przedstawiało według mojej babci ''ciocię'', na odwrocie pisało Aria Lotario. Następne, mój 'wujek'' Nathaniel  Lotario. Kolejne było moje na pewno, bo pisało ''Emily Lotario'', Ostatnie przedstawiało ''moją kuzynkę'', Isabell Lotario.. Isabell..nie, to nie możliwe.. Odłożyłam zdjęcie i zaczęłam szperać w szufladach. Dowiedziałam się tylko, tyle że, to małżeństwo i, gdzie pracowali oraz, że jesteśmy ich córkami. Czyli.. mam siostrę.., która jest podobna do Is i w dodatku ma takie same imię..Mhm.., czyli kolejne kłamstwo zaserwowane mi przez babcię. Teraz tylko dowiedzieć się, czy to, aby na pewno jest Is. Odłożyłam wszystko na swoje miejsce i poszłam na górę. Znalazłam tam pokój dziecięcy. Z dwoma łóżeczkami i niesamowicie wielką ilością zabawek. W szafach było równie dużo ubranek. Byli, a raczej jestem z bogatej rodziny. Chwila, czemu babcia nie zamieszkała tu z nami? I, gdzie jest moja siostra? I kim ona na prawdę jest? Podeszłam do jednego łóżeczka i położyłam rękę na obramowaniu. Dostałam kolejnej wizji. Zobaczyłam moją twarz z czasów jak byłam malutkim dzieckiem i tą jak teraz wyglądam. Jeju.. mój wzrok mimowolnie powędrował na drugie łóżeczko. Może dostanę kolejnej wizji? Podbiegłam do niego i dotknęłam. Zobaczyłam twarz tej dziewczynki, a potem twarz.. Is.
- Isabell - Szepnęłam, moje oczy pewnie wyglądały jak dwa ogromne spodki. Cały obraz zaczął wirować. Co się dzieje? Zatrzymało się, stałam nadal w tym samym domu, ale sprzed paru lat i nie w środku tylko na zewnątrz, w ogrodzie. Bawiłam się z Is w piaskownicy, a rodzice siedzieli obok śmiejąc się i popijając herbatę. Kolejna zmiana obrazu. Z Is uczyłyśmy się chodzić. Kolejna i kolejna. Co, to jest, czy to moje wspomnienia? Ale dlaczego dopiero teraz, to wszystko powróciło? Normalnie, jakby mój mózg się zablokował. Ale dlaczego? W końcu wszystko przestało wirować i ujrzałam moją babcię kryjącą się za drzewem. Obserwowała walkę moich rodziców i wampirów.
- Mama.. Tata..- Głos mi się załamał. Oni mieli zaraz umrzeć. Podeszłam do nich i spojrzałam na ich twarze. Zatęskniłam za nimi. Szkoda, że nie mogę nic zrobić, aby, im pomóc..Patrzyłam jak umierają, a zaraz po nich wampiry. Z ukrycia wyszła moja babcia i weszła do domu jak, gdyby nigdy nic. Następnie weszła do naszego pokoiku. Byłyśmy w środku, ja i Is. Babcia nas zabrała i wyszła. Podążałam za nią. Co ona ma zamiar zrobić? Szła tak długo aż dotarła do centrum miasta. Położyła Is pod jednym z domów. Nie wierzę! Jak ona tak mogła?! Zostawiła ją, a mnie zabrała ze sobą,dlaczego?
Obraz znikł i powróciłam do rzeczywistości. Oczy mi się zaszkliły. Całe moje życie, to jedno wielkie kłamstwo. Nie mam pojęcia co mam zrobić, żeby już tak nie było. Chciałabym dowiedzieć się wszystkiego co zostało zatajone. Ale.., to zostawię na później. Muszę powiedzieć o wszystkim Is. Wytarłam oczy o kant rękawa i ruszyłam ku wyjściu dzwoniąc do niej. Odebrała po trzech sygnałach.
- Halo?
- Hej Is, musimy się spotkać. Mam ci coś ważnego do powiedzenia. Dostaniesz szoku. Za 30 minut w naszej ulubionej kafejce. - Wyrzucałam z siebie informacje niczym karabin maszynowy.
- Um..okay. - Powiedziała zrezygnowana. Otworzyłam drzwi i wyszłam. Kiedy tylko się odwróciłam zobaczyłam wyłaniające się cienie zza drzew. Przybliżały się z ogromną szybkością, ukazując przy tym kły. Wampiry..Moje serce zaczęło mocniej bić, a tętno w krwi wzrosło..Boże, .., ale.. co ja teraz zrobię? Cofnęłam się, ale napotkałam drzwi. Zbliżali się, coraz bardziej.
- Czego wy chcecie?!- Wykrzyknęłam bezmyślnie. Z każdą kolejną sekundą zmniejszał się dzielący nas dystans.
- Nie bulwersuj się tak ślicznotko. Oddaj się grzecznie w nasze ręce, a my w zamian nic ci nie zrobimy - Zaproponował jeden z nich. Odnalazłam klamkę, powoli na nią naciskałam.
- Nigdy! - Wykrzyknęłam i z powrotem weszłam do środka. Pobiegłam, ile sił miałam w nogach na górę i zamknęłam się w najbliższym pokoju na klucz.No i co dalej? Zaczęłam rozpaczliwie rozglądać się po pokoju. No myśl, Emily, myśl! Mój wzrok mimowolnie padł na okno znajdujące się przede mną. I co dalej? Skacząc z okna zyskałabym odrobinę czasu, ale jak, to zrobić, żeby się nie zabić? Usłyszałam zza drzwi kilka powolnych kroków, zbliżających się coraz bardziej. Przypomina mi, to zabawę w kotka i myszkę, z tą różnicą, że kotków jest zdecydowanie zbyt dużo.
- No, Emily i tak wiemy, że tam jesteś. Nie bądź uparta i tak nie zdołasz przed nami uciec. - Odezwał się ten sam głos. Bez zastanowienia wzięłam leżące na łóżku prześcieradło i zawiązałam koniec wokół jednej z nóg podtrzymującej łóżko. Otworzyłam okno i starałam się określić wysokość, jaką mam do pokonania. Hm.. ze trzy metry wyjdzie na bank. Cóż albo, to albo nic. Przygryzłam zębami dolną wargę i szybko jak tylko się dało zaczęłam schodzić ku dołowi. Kiedy byłam już prawie w połowie usłyszałam wyłamywanie drzwi, a następnie rwane prześcieradło. Znowu straciłam przytomność.
Obudziłam się w salonie mocno przywiązana do jednego z foteli. Bolało mnie całe ciało, było, to prawie nie do zniesienia. Ciekawe co jeszcze mnie dzisiaj zaskoczy.
- No, widzę, że śpiąca królewna w końcu się obudziła, to dobrze, inaczej szef, by nam tego nie podarował - Odpowiedział mi ten sam wampir, który wcześniej próbował ze mną negocjować. Miał może ze 30 lat, czarne włosy sięgające do ramion, przerażająco bladą twarz, nawet jak na wampira. Bardzo wysoki, szczupły. Miał na sobie czarne równiutko wyprasowane spodnie i koszulę.
- Szef? O co wam chodzi? - Jęknęłam zirytowana. Chciałam dotknąć głowy, która okropnie bolała, ale miałam spętane ręce. Zaczęłam się zastanawiać, czy zabiją mnie szybko, czy raczej będą czerpać przyjemność z torturowania mnie. Wolałabym, to pierwsze. Albo nic z tych rzeczy. Muszę skończyć z tymi insynuacjami, bo w innym wypadku, to one mnie uśmiercą, a nie wampiry.
- Spokojnie, nic ci się nie stanie. - Powiedział wychodząc z salonu - Na razie..- Dodał ciszej z przerażającym uśmieszkiem, wzdrygnęłam się. Później słyszałam już tylko jak do kogoś telefonuje. No tak, czyli moje szanse na ucieczkę są bliskie zeru. Z utęsknieniem spojrzałam na okno, na którym powoli pojawiały się kropelki deszczu i zza, którego widać było drzewa z kołyszącymi się gałęziami w rytm wiatru, całość podkreślało ciemniejące niebo. Drzwi się otworzyły, wszedł przez nie ten sam gość z resztą ferajny. Podeszli do mnie i zaczęli rozwiązywać. Potem zamiast lin oplatające moje ręce zacisnęli swoje ręce. Byli za silni znów nie miałam żadnych szans na ucieczkę. Ruszyli ze mną ku wyjściu.
-Gdzie wy mnie zabieracie?!-Zapytałam, szarpiąc się.
-Czas na ucztę, a bez dania głównego się nie obędzie.-Zatrzymałam się, pociągnęli mnie na przód. Czułam jak robi mi się słabo. Mam być daniem głównym? Ale..boże nie chce umierać, muszę jakoś się uwolnić. No ręce dalej, zróbcie jakąś sztuczkę. Cokolwiek...albo nic. Wyszliśmy na deszcz przez krople obraz stał się niewyraźny, przez co nie mogłam dostrzec, gdzie mnie prowadzą. Zaczęłam moknąć...nie za fajnie. Nagle usłyszałam odgłosy walki, ktoś tu jeszcze był, przyszedł. Babcia...nie ona na pewno nie. Ta kłamczucha! Ta podła żmija. A, więc kto? Moje ręce się uwolniły, a zaraz znów ktoś złapał mnie w talii. Moje stopy oderwały się od podłoża i wzbijały się coraz szybciej i wyżej. Oddalałam się od tych wampirów, ktoś mnie uratował, ale, kto. Czyja ręka mnie oplata w talli..?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz