ROZDZIAŁ IV
Poczułam piekielny ból w całym ciele, który pojawił się równie szybko jak znikł. Ten ból przywrócił mnie do rzeczywistości. Podniosłam powoli powieki i uświadomiłam sobie co się stało. Rozglądnęłam się. W powietrzu było pełno kurzu od zawalonego muru. Ze ściany spływała woda, która robiła coraz, to większą kałużę.Cały obraz nadal był niewyraźny.Spróbowała się podnieść, w ogóle nie czułam ciężaru swojego ciała. Podparłam się dłoniach i od razu opadłam, strasznie piekły.Spojrzałam na jedną potem drugą. Były całe czerwone i pokryte czarnymi liniami. Nagle usłyszałam czyjeś krzyki.Po czym znów, wszystko odpłynęło.
Ciemność długo nie ustępowała. Obudziłam się w pokoju, o czterech białych ścianach i łóżku przy oknie , w którym leżę, a do mojej ręki jest podłączona kroplówka i dziwaczna aparatura, o której istnieniu nie byłam świadoma.Gdzie jestem? Czyżbym była w szpitalu? Jak się tu znalazłam? Co ze szkołą? Mogłabym zadawać sobie, nieskończenie wiele pytań, ale sama nie potrafiłabym na nie odpowiedzieć.Z moich rozmyślań wyrwały mnie dwie pielęgniarki wjeżdżające z nowym pacjentem i stawiając jego łóżko obok mojego. Dyskretnie zerknęłam w jego stronę, by zobaczyć, kto to taki. Niestety, jego twarz była zasłonięta ciałem pielęgniarki, która podłączała go, tak jak mnie pod kroplówkę i różne inne sprzęty. Spojrzałam na jego sylwetkę.Ustaliłam, że jest to na sto procent mężczyzna.Zerknęłam na jego rękę, była młodzieńcza, a na jednym z palców tkwił pierścień. Przed oczami stanęła mi scena z łazienki.Taki sam miał Dave..Nie..tylko nie on..No, po prostu świetnie! Na miłe zakończenie dnia, musiałam trafić akurat na niego! W szpitalu powinni dbać o zdrowie swoich pacjentów, a nie, kazać, im przebywać z jednym pomieszczeniu z osobą, która teoretycznie zagraża mojemu życiu i zdrowiu. Trudno, najwyżej rozwalę szpital, w sumie nikt nie powinien tego zauważyć..Pielęgniarki opuściły pokój i w końcu ujrzałam jego twarz.Jak zawsze na jego widok przeszedł mnie dziwny dreszcz. A w mojej głowie pojawiło się pytanie "Gdzie jest Is"? Skoro on tu jest to ją też przywiozą. Prawda? Czekałam długo wpatrując się w drzwi i słuchając jak bije serce Dave'a. Na zewnątrz zrobiło się już ciemno. Is nadal nie było. Aż tak z nią źle? A może, to my należymy do grupy z ciężkimi obrażeniami? Od tego czekania zrobiłam się senna.Z korytarza usłyszałam zbliżające się kroki. Pojawiła się nadzieja, ale zaraz zgasła, kiedy w drzwiach stanął lekarz.Przyszedł na obchód. Sprawdził jak się czujemy. Przy okazji postanowiłam spytać co się dzieje z Is.
- Mogę wiedzieć, gdzie leży Is?
-Kto?- spytał, z dezorientacją wymalowaną na twarzy.
- To znaczy Isabell. - Od razu się poprawiłam.
- Została już wypisana. Nie poniosła żadnych obrażeń zagrażających życiu. A jej organizm się ustabilizował. Zapewne jest już w domu i odpoczywa.
- Aha..dziękuję- Posmutniałam. Czyli sama muszę wytrzymać w towarzystwie tego dupka.Eh, dobrze , że chociaż jej nic się nie stało. A w mojej głowie pojawiło się kolejne pytanie. Czy moja babcia wie , co się stało? I, o co szkoła obwinia całą tą katastrofę? W zaledwie dwa dni moje życie stanęło na głowie. Długo nad tym rozmyślałam aż w końcu usnęłam. Ze snu wyrwał mnie czyiś lodowaty oddech na policzku, który rozszedł się po całym ciele wywołując fale nieprzyjemnych dreszczy. Z ogromną szybkością otworzyłam oczy.Dosłownie parę centymetrów od mojej twarzy była twarz Dave'a. Chciałam krzyknąć, ale zakrył mi usta dłonią. Zaczęłam się trząść, tak jakby jego ręka raziła mnie prądem. Ból był nie do zniesienia.Spojrzałam na jego twarz, na której z każdą kolejną sekundą malowało się coraz, to większe przerażenie zmieszane z niedowierzaniem. Zacisnęłam na niej moje dłonie, które były (o dziwo) całe w bandażach. Próbowałam się od niej uwolnić, ale była niczym skała. Nagle poczułam jak moje dłonie robią się gorące. Bandaż, który je okrywał zaczął się dymić i iskrzyć. Gdy całkowicie znikł na moich dłoniach ukazały się dwa czarne znaki, skąd ja, to mam?! Kształty i całe moje ręce zaniosły się płomieniem. Odruchowo zabrał poparzoną rękę, zamknął oczy wziął głęboki wdech, ślady po poparzeniu stopniowo znikały. To nie fair!
*Oczami Dave'a*
Resztką swojej energii pozbyłem się śladów po poparzeniach. Zmęczony wysiłkiem, jaki mnie kosztował opadłem na łóżko. Mimowolnie pokierowałem swój wzrok w jej kierunku. Gdy tylko pochwyciłem jej spojrzenie, znów zaczęła się trząść. Nie chcąc wyrządzać jej niepotrzebnej krzywdy odwróciłem wzrok w przeciwnym kierunku. Nigdy żaden czarodziej nie reagował tak na wampira.Przynajmniej nie słyszałem o takich przypadkach. Będę musiał, to skonsultować z Arthur'em. Arthur to stary mag, który po śmierci moich rodziców przejął nade mną opiekę. Wiem, może, to dziwne, że wampir i czarodziej mieszkają pod jednym dachem, ale, gdy moi rodzice zginęli, a ja zostałem sam w domu nie miał się, kto mną opiekować. A pewnego dnia Arthur, przechodził obok mojego domu i usłyszał mój płacz. Wiedząc, jak wielka, to odpowiedzialność i jakie ryzyko wiąże ze sobą opieka nade mną, wziął mnie pod swoje skrzydła i zaopiekował się mną jakbym był jego rodzonym synem. Stąd mam dobre nastawienie do ludzi takich jak Arthur. Tylko..nie wiem , co we mnie wstąpiło, że zaatakowałem Emily. Fakt, nie panowałem nad tym..A teraz to , jak na mnie reaguje..Nie powiem, trochę, to dziwne. Muszę ją przeprosić i wytłumaczyć ,to i owo. Nie chcę przecież, żeby była do mnie źle nastawiona.
-Przepraszam Emily..- Zacząłem, szepcząc. Szkoda, że nie mogę patrzeć w jej niebieskie oczy.. Tak zauroczyłem się w niej. Nie wiem jak to się stało, tak jakoś wyszło. Na początku, gdy ją poznałem myślałem, że jest zwyczajną dziewczyną, niczym nie wyróżniającą się od innych. Mógłbym, wtedy ją przemienić, co jest dość skomplikowane.Najpierw trzeba wyssać całą krew ofiary, a potem zaszczepić u niej jad. Następnie ofiara już tylko cierpi, przechodząc powoli przemianę w bestię. Ale, teraz gdy jej moc została odpieczętowana, to wszystko komplikuje. A pomimo tego, że wampiry ze swojej natury są maszynami do zabijania czarowników i innych poza magicznych stworzeń, ja tego nie zrobię. Milczała, więc kontynuowałem.- Przepraszam, no wiesz za ten atak w szkole.Nie wiem , co się ze mną stało. Nie panowałem nad tym..
*Oczami Emily*
Jego głowa była odwrócona w stronę otwartych drzwi przez które padały delikatne strumienie światła. Dzięki czemu wyraźniej mogłam dostrzec jego sylwetkę.Wpatrywałam się w jego czarne, krótko ścięte włosy i wsłuchiwałam się w to co do mnie mówił. O dziwo jeszcze od niego nie uciekłam. Chwilka, to przez kroplówkę, do której jestem podłączona, a wyrwanie rozmaitych kablów, ozdabiających aktualnie moje ciało, wydawało mi się zbyt bolesne. W sumie, z chęcią posłucham bajeczek jakie mi nawciska. Jak na razie, zapowiada się ciekawie.
- Uważaj, bo ci uwierzę- Cicho odpowiedziałam w moim głosie można było wyczuć drwinę. Jeżeli jestem tą ''dziewczyną z legendy'' i mam zniszczyć wampiry, to on będzie pierwszy w kolejce.
- Naprawdę, ja tego nie chciałem. Nigdy bym nie skrzywdził czarodzieja.. Ja.. Ja naprawdę przepraszam, że tak wyszło.
-Nie udawaj. Pewnie jak tylko zasnę znów będziesz próbował mnie zabić jak przed chwilą.
- Nie chciałem Cie zabić. - Ta jasne, pomyślałam - Sprawdzałem, czy nic ci nie jest.
- Takie kity, to możesz wszystkim wciskać, ale nie mi. Jesteś wampirem, a wampiry zabijają takich jak ja.
- Ale ja jestem inny. Uwierz, nawet mieszkam z jednym z was. - Coraz bardziej działa mi na nerwy. Wszystko co mówi jest takie realistyczne.. Stop! Nie możesz tak myśleć. I nie możesz wierzyć w ani jedno jego słowo, bo srogo będzie cię to kosztować. Wmawiałam sobie. Hm..,a może to przez, to, że był odwrócony nie potrafiłam mu zaufać? Mogłabym być, chociaż trochę milsza. Ale, to chyba logiczne, że nie potrafiłabym być milsza dla osoby dzięki, której rozwaliłam szkołę, naraziłam życie Is, a teraz być może rozwalę szpital.. Boże, co ja zrobiłam.. a co, jeśli przyjdzie tu policja i zaczną mnie wypytywać o wszystko? Co ja powiem? Jeśli powiem prawdę uznają mnie za wariatkę i wyślą do ośrodka dla obłąkanych. A, jeśli skłamię będą tak długo naciskać aż powiem prawdę. Świetnie.No, ale to samo z siebie wyszło. Specjalnie nie rozwaliłabym szkoły! Broniłam się, a raczej moje ręce..Nieważne, nie mogę mu ufać. Jest wampirem zapewne więzi tego maga..mówi, że z nim mieszka, ale to nie może być prawda.
- Przyznaj, nie mieszkasz z nim, pewnie jest twoim więźniem albo już wyssałeś z niego całą krew.- Krzyknęłam z wyrzutem.
-Nie musisz krzyczeć, mówię ci prawdę, szkoda, tylko że nie chcesz tego przyjąć do wiadomości - Zirytował się. Odwrócił głowę, więc natychmiast zamknęłam oczy. Przestraszyłam się. Słyszałam jak wstaje i podchodzi do mnie.
- Odejdź!- krzyknęłam i zasłoniłam twarz dłońmi.
- Uwierz mi, ja nie chciałem. - Buzowała w nim złość. Czułam jego wrogość, rosnącą i rosnącą. Nie potrafi nawet panować nad emocjami. Powinien się leczyć. Zresztą mam to gdzieś, od tego wszystkiego głowa mnie boli.
- Daj mi spokój. Nigdy ci nie uwierzę, odejdź - Powiedziałam i położyłam się plecami do niego. Mówi się, że nigdy nie można stawać do wroga plecami, ale w tym momencie było mi to obojętne. W końcu zasnęłam.
Następnego dnia znów mnie przepraszał. Miałam go serdecznie dość. Szkoda, że nie miałam w pobliżu swojego telefonu i słuchawek, nie musiałabym go wysłuchiwać. Ciekawe, gdzie one teraz są. Rany, ja tu nie wytrzymam, wypiszcie mnie stąd albo zrobię, to na własną rękę.
Po południu miałam gościa, babcię. Jak dobrze, że się dowiedziała, gdzie jestem. Na szczęście nie złościła się na mnie, wręcz przeciwnie, była ze mnie dumna, że sama stawiłam czoła wampirowi. Przyniosła mi rzeczy i powiadomiła co się działo od tamtego dnia. Is jest cała i wszystko z nią w porządku. Szkoła łyknęła kit, że nagle wszystko się zawaliło i obwiniają, za to słabą konstrukcję. Powiedziała jeszcze, że nie muszę się niczym martwić i, że nadszedł czas bym poszła do szkoły, która była mi przypisana od urodzenia. Zapytałam jeszcze o znaki, które znikąd się pojawiły na moich dłoniach. Wyjaśniała, że każdy czarodziej takie posiada. Są to nasze prawdziwe imiona.
- To dla czego ty ich nie masz? - Zapytałam.
- Ukrywam je pod czarami. - Oznajmiła.
- Aha.,. a co moje oznaczają?
- Na lewej ręce masz znak zwany "Itaque die septimo". Na prawej masz "Potestatem" Razem tworzą ''królewską moc''.
-Oh..- Nie powiem byłam w szoku. Jednak jestem tą dziewczyną z przepowiedni.
Nazajutrz mnie wypuścili. Nareszcie, dłużej chyba bym z nim nie wytrzymała. Wróciłam do swojego domu. Babcia pozwoliła mi nie chodzić do szkoły. Nie chciałam tam być, wszystkie sępy, by się zleciały. A tego chcę uniknąć. Wolę siedzieć w domu jakoś, to wszystko poukładać. No i oczywiście przygotować się do wyjazdu do nowej szkoły. Normalnie nie mogłam być zwykłą nastolatką co nie? Bo, to zbyt demonstracyjne..eh.
Był wczesny ranek, babcia szykowała śniadanie. Powinnam jej pomóc, ale jakoś nie miałam teraz na, to siły. A, to już cztery dni. Nadal nie pogodziłam się z moim losem. Siedziałam na werandzie, świeże powietrze dobrze mi zrobi. Przyglądałam się drzewom, gdy nagle po prawej stronie moje oko zarejestrowało ruch. Nie.. co znowu. Powoli odwróciłam głowę. Ujrzałam Dava'e. O dziwo nie przeszedł mnie dreszcz. To chyba dobrze prawda?
- Co ty tu robisz?! Wynoś się stąd! - Zażądałam.
- Poczekaj, nie skrzywdzę cię. Chciałem z tobą pogadać. Wiem dlaczego miałaś te dreszcze. Jak widzisz zapobiegłem, im. Proszę wysłuchaj mnie.
- Nie zamierzam ciebie słuchać. Super zapobiegłeś dreszczom. Nic więcej nie muszę wiedzieć.A teraz wynoś się stąd! - pod koniec głos zaczął mi się łamać. Dlaczego? Dla tego, że ochrzanianie ludzi mi nie wychodzi.
- Emily.. proszę. - Złapał mnie za nadgarstek. Jego dotyk był łagodny.. NIE! nie wierz mu! Łzy napłynęły mi do oczu.
- Wynoś się! Bo zawołam babcię! - Zagroziłam.
- Chcę ci tylko wytłumaczyć..
- Babciu! - Babcia zjawiła się, jak na zawołanie.
- Tak? - Zapytała obejmując mnie. Wskazałam palcem na Dave'a.
- Nie przypominam sobie młodzieńcu, żebym cie kiedykolwiek zapraszała.
- Nie, zgadza się.
- A, więc, żegnamy pana.
- Ale ja..
- Ego Placent Tui Et Auxilium Mea Aedificium - Powiedziała moja babcia. W miejscu, w którym stał Dave unosił się prawie niezauważalny dym. Gdzie on jest? Znikł? Odsunęłam się od niej i spojrzałam na nią ze zdziwieniem.
- Spokojnie słonko, teleportowałam go na początek lasu. w tym samym czasie rzucając ochronne zaklęcie. Już ten typ nie będzie Cię męczył. A teraz chodź coś zjesz.- Weszłyśmy z powrotem do domu i zjadłyśmy śniadanie. Po skończonym posiłku poszłam do kuchni umyć naczynia. W tym czasie babcia szykowała się do wyjścia. Gdy już była u wyjścia, przypomniała mi się sprawa ze szkołą.
- Babciu, a co z tą nową szkołą? - zagadałam.
- A co ma być? Wszystko jest załatwione, oczekują cię od przyszłego tygodnia. - Powiedziała spokojnie.
- Tak szybko? - Zdziwiłam się.
- Zagrożenie jest coraz większe, a nie potrafisz jeszcze się odpowiednio bronić.
- A co z Is? Przyjaźnimy się, jest dla mnie jak rodzona siostra. - Babcia spojrzała na mnie z szokiem. Czyżbym powiedziała coś nie tak?
- Będziesz musiała z tym pogodzić. - I wyszła. Ostatnio zauważyłam, że moje życie jest jak domino, jak jedna rzecz się wali, to reszta idzie w jej ślady. Samej strasznie mi się nudziło. Nie miałam co robić, postanowiłam przejrzeć rzeczy znajdujące się na strychu. Może znajdę coś ciekawego. Poszłam na górę, było tam pełno kurzu, wszystko było przykryte starymi płótnami. Szarpnęłam jedno z płócien ze stosu rupieci spadła jedna, tajemnicza książka, prosto przed moimi stopami. Tak właściwie, to, to nie była książka tylko jakiś stary album ze zdjęciami. Jedna z fotografii wypadła z albumu. Podniosłam je i dokładnie obejrzałam. Przedstawiało....
Poczułam piekielny ból w całym ciele, który pojawił się równie szybko jak znikł. Ten ból przywrócił mnie do rzeczywistości. Podniosłam powoli powieki i uświadomiłam sobie co się stało. Rozglądnęłam się. W powietrzu było pełno kurzu od zawalonego muru. Ze ściany spływała woda, która robiła coraz, to większą kałużę.Cały obraz nadal był niewyraźny.Spróbowała się podnieść, w ogóle nie czułam ciężaru swojego ciała. Podparłam się dłoniach i od razu opadłam, strasznie piekły.Spojrzałam na jedną potem drugą. Były całe czerwone i pokryte czarnymi liniami. Nagle usłyszałam czyjeś krzyki.Po czym znów, wszystko odpłynęło.
Ciemność długo nie ustępowała. Obudziłam się w pokoju, o czterech białych ścianach i łóżku przy oknie , w którym leżę, a do mojej ręki jest podłączona kroplówka i dziwaczna aparatura, o której istnieniu nie byłam świadoma.Gdzie jestem? Czyżbym była w szpitalu? Jak się tu znalazłam? Co ze szkołą? Mogłabym zadawać sobie, nieskończenie wiele pytań, ale sama nie potrafiłabym na nie odpowiedzieć.Z moich rozmyślań wyrwały mnie dwie pielęgniarki wjeżdżające z nowym pacjentem i stawiając jego łóżko obok mojego. Dyskretnie zerknęłam w jego stronę, by zobaczyć, kto to taki. Niestety, jego twarz była zasłonięta ciałem pielęgniarki, która podłączała go, tak jak mnie pod kroplówkę i różne inne sprzęty. Spojrzałam na jego sylwetkę.Ustaliłam, że jest to na sto procent mężczyzna.Zerknęłam na jego rękę, była młodzieńcza, a na jednym z palców tkwił pierścień. Przed oczami stanęła mi scena z łazienki.Taki sam miał Dave..Nie..tylko nie on..No, po prostu świetnie! Na miłe zakończenie dnia, musiałam trafić akurat na niego! W szpitalu powinni dbać o zdrowie swoich pacjentów, a nie, kazać, im przebywać z jednym pomieszczeniu z osobą, która teoretycznie zagraża mojemu życiu i zdrowiu. Trudno, najwyżej rozwalę szpital, w sumie nikt nie powinien tego zauważyć..Pielęgniarki opuściły pokój i w końcu ujrzałam jego twarz.Jak zawsze na jego widok przeszedł mnie dziwny dreszcz. A w mojej głowie pojawiło się pytanie "Gdzie jest Is"? Skoro on tu jest to ją też przywiozą. Prawda? Czekałam długo wpatrując się w drzwi i słuchając jak bije serce Dave'a. Na zewnątrz zrobiło się już ciemno. Is nadal nie było. Aż tak z nią źle? A może, to my należymy do grupy z ciężkimi obrażeniami? Od tego czekania zrobiłam się senna.Z korytarza usłyszałam zbliżające się kroki. Pojawiła się nadzieja, ale zaraz zgasła, kiedy w drzwiach stanął lekarz.Przyszedł na obchód. Sprawdził jak się czujemy. Przy okazji postanowiłam spytać co się dzieje z Is.
- Mogę wiedzieć, gdzie leży Is?
-Kto?- spytał, z dezorientacją wymalowaną na twarzy.
- To znaczy Isabell. - Od razu się poprawiłam.
- Została już wypisana. Nie poniosła żadnych obrażeń zagrażających życiu. A jej organizm się ustabilizował. Zapewne jest już w domu i odpoczywa.
- Aha..dziękuję- Posmutniałam. Czyli sama muszę wytrzymać w towarzystwie tego dupka.Eh, dobrze , że chociaż jej nic się nie stało. A w mojej głowie pojawiło się kolejne pytanie. Czy moja babcia wie , co się stało? I, o co szkoła obwinia całą tą katastrofę? W zaledwie dwa dni moje życie stanęło na głowie. Długo nad tym rozmyślałam aż w końcu usnęłam. Ze snu wyrwał mnie czyiś lodowaty oddech na policzku, który rozszedł się po całym ciele wywołując fale nieprzyjemnych dreszczy. Z ogromną szybkością otworzyłam oczy.Dosłownie parę centymetrów od mojej twarzy była twarz Dave'a. Chciałam krzyknąć, ale zakrył mi usta dłonią. Zaczęłam się trząść, tak jakby jego ręka raziła mnie prądem. Ból był nie do zniesienia.Spojrzałam na jego twarz, na której z każdą kolejną sekundą malowało się coraz, to większe przerażenie zmieszane z niedowierzaniem. Zacisnęłam na niej moje dłonie, które były (o dziwo) całe w bandażach. Próbowałam się od niej uwolnić, ale była niczym skała. Nagle poczułam jak moje dłonie robią się gorące. Bandaż, który je okrywał zaczął się dymić i iskrzyć. Gdy całkowicie znikł na moich dłoniach ukazały się dwa czarne znaki, skąd ja, to mam?! Kształty i całe moje ręce zaniosły się płomieniem. Odruchowo zabrał poparzoną rękę, zamknął oczy wziął głęboki wdech, ślady po poparzeniu stopniowo znikały. To nie fair!
*Oczami Dave'a*
Resztką swojej energii pozbyłem się śladów po poparzeniach. Zmęczony wysiłkiem, jaki mnie kosztował opadłem na łóżko. Mimowolnie pokierowałem swój wzrok w jej kierunku. Gdy tylko pochwyciłem jej spojrzenie, znów zaczęła się trząść. Nie chcąc wyrządzać jej niepotrzebnej krzywdy odwróciłem wzrok w przeciwnym kierunku. Nigdy żaden czarodziej nie reagował tak na wampira.Przynajmniej nie słyszałem o takich przypadkach. Będę musiał, to skonsultować z Arthur'em. Arthur to stary mag, który po śmierci moich rodziców przejął nade mną opiekę. Wiem, może, to dziwne, że wampir i czarodziej mieszkają pod jednym dachem, ale, gdy moi rodzice zginęli, a ja zostałem sam w domu nie miał się, kto mną opiekować. A pewnego dnia Arthur, przechodził obok mojego domu i usłyszał mój płacz. Wiedząc, jak wielka, to odpowiedzialność i jakie ryzyko wiąże ze sobą opieka nade mną, wziął mnie pod swoje skrzydła i zaopiekował się mną jakbym był jego rodzonym synem. Stąd mam dobre nastawienie do ludzi takich jak Arthur. Tylko..nie wiem , co we mnie wstąpiło, że zaatakowałem Emily. Fakt, nie panowałem nad tym..A teraz to , jak na mnie reaguje..Nie powiem, trochę, to dziwne. Muszę ją przeprosić i wytłumaczyć ,to i owo. Nie chcę przecież, żeby była do mnie źle nastawiona.
-Przepraszam Emily..- Zacząłem, szepcząc. Szkoda, że nie mogę patrzeć w jej niebieskie oczy.. Tak zauroczyłem się w niej. Nie wiem jak to się stało, tak jakoś wyszło. Na początku, gdy ją poznałem myślałem, że jest zwyczajną dziewczyną, niczym nie wyróżniającą się od innych. Mógłbym, wtedy ją przemienić, co jest dość skomplikowane.Najpierw trzeba wyssać całą krew ofiary, a potem zaszczepić u niej jad. Następnie ofiara już tylko cierpi, przechodząc powoli przemianę w bestię. Ale, teraz gdy jej moc została odpieczętowana, to wszystko komplikuje. A pomimo tego, że wampiry ze swojej natury są maszynami do zabijania czarowników i innych poza magicznych stworzeń, ja tego nie zrobię. Milczała, więc kontynuowałem.- Przepraszam, no wiesz za ten atak w szkole.Nie wiem , co się ze mną stało. Nie panowałem nad tym..
*Oczami Emily*
Jego głowa była odwrócona w stronę otwartych drzwi przez które padały delikatne strumienie światła. Dzięki czemu wyraźniej mogłam dostrzec jego sylwetkę.Wpatrywałam się w jego czarne, krótko ścięte włosy i wsłuchiwałam się w to co do mnie mówił. O dziwo jeszcze od niego nie uciekłam. Chwilka, to przez kroplówkę, do której jestem podłączona, a wyrwanie rozmaitych kablów, ozdabiających aktualnie moje ciało, wydawało mi się zbyt bolesne. W sumie, z chęcią posłucham bajeczek jakie mi nawciska. Jak na razie, zapowiada się ciekawie.
- Uważaj, bo ci uwierzę- Cicho odpowiedziałam w moim głosie można było wyczuć drwinę. Jeżeli jestem tą ''dziewczyną z legendy'' i mam zniszczyć wampiry, to on będzie pierwszy w kolejce.
- Naprawdę, ja tego nie chciałem. Nigdy bym nie skrzywdził czarodzieja.. Ja.. Ja naprawdę przepraszam, że tak wyszło.
-Nie udawaj. Pewnie jak tylko zasnę znów będziesz próbował mnie zabić jak przed chwilą.
- Nie chciałem Cie zabić. - Ta jasne, pomyślałam - Sprawdzałem, czy nic ci nie jest.
- Takie kity, to możesz wszystkim wciskać, ale nie mi. Jesteś wampirem, a wampiry zabijają takich jak ja.
- Ale ja jestem inny. Uwierz, nawet mieszkam z jednym z was. - Coraz bardziej działa mi na nerwy. Wszystko co mówi jest takie realistyczne.. Stop! Nie możesz tak myśleć. I nie możesz wierzyć w ani jedno jego słowo, bo srogo będzie cię to kosztować. Wmawiałam sobie. Hm..,a może to przez, to, że był odwrócony nie potrafiłam mu zaufać? Mogłabym być, chociaż trochę milsza. Ale, to chyba logiczne, że nie potrafiłabym być milsza dla osoby dzięki, której rozwaliłam szkołę, naraziłam życie Is, a teraz być może rozwalę szpital.. Boże, co ja zrobiłam.. a co, jeśli przyjdzie tu policja i zaczną mnie wypytywać o wszystko? Co ja powiem? Jeśli powiem prawdę uznają mnie za wariatkę i wyślą do ośrodka dla obłąkanych. A, jeśli skłamię będą tak długo naciskać aż powiem prawdę. Świetnie.No, ale to samo z siebie wyszło. Specjalnie nie rozwaliłabym szkoły! Broniłam się, a raczej moje ręce..Nieważne, nie mogę mu ufać. Jest wampirem zapewne więzi tego maga..mówi, że z nim mieszka, ale to nie może być prawda.
- Przyznaj, nie mieszkasz z nim, pewnie jest twoim więźniem albo już wyssałeś z niego całą krew.- Krzyknęłam z wyrzutem.
-Nie musisz krzyczeć, mówię ci prawdę, szkoda, tylko że nie chcesz tego przyjąć do wiadomości - Zirytował się. Odwrócił głowę, więc natychmiast zamknęłam oczy. Przestraszyłam się. Słyszałam jak wstaje i podchodzi do mnie.
- Odejdź!- krzyknęłam i zasłoniłam twarz dłońmi.
- Uwierz mi, ja nie chciałem. - Buzowała w nim złość. Czułam jego wrogość, rosnącą i rosnącą. Nie potrafi nawet panować nad emocjami. Powinien się leczyć. Zresztą mam to gdzieś, od tego wszystkiego głowa mnie boli.
- Daj mi spokój. Nigdy ci nie uwierzę, odejdź - Powiedziałam i położyłam się plecami do niego. Mówi się, że nigdy nie można stawać do wroga plecami, ale w tym momencie było mi to obojętne. W końcu zasnęłam.
Następnego dnia znów mnie przepraszał. Miałam go serdecznie dość. Szkoda, że nie miałam w pobliżu swojego telefonu i słuchawek, nie musiałabym go wysłuchiwać. Ciekawe, gdzie one teraz są. Rany, ja tu nie wytrzymam, wypiszcie mnie stąd albo zrobię, to na własną rękę.
Po południu miałam gościa, babcię. Jak dobrze, że się dowiedziała, gdzie jestem. Na szczęście nie złościła się na mnie, wręcz przeciwnie, była ze mnie dumna, że sama stawiłam czoła wampirowi. Przyniosła mi rzeczy i powiadomiła co się działo od tamtego dnia. Is jest cała i wszystko z nią w porządku. Szkoła łyknęła kit, że nagle wszystko się zawaliło i obwiniają, za to słabą konstrukcję. Powiedziała jeszcze, że nie muszę się niczym martwić i, że nadszedł czas bym poszła do szkoły, która była mi przypisana od urodzenia. Zapytałam jeszcze o znaki, które znikąd się pojawiły na moich dłoniach. Wyjaśniała, że każdy czarodziej takie posiada. Są to nasze prawdziwe imiona.
- To dla czego ty ich nie masz? - Zapytałam.
- Ukrywam je pod czarami. - Oznajmiła.
- Aha.,. a co moje oznaczają?
- Na lewej ręce masz znak zwany "Itaque die septimo". Na prawej masz "Potestatem" Razem tworzą ''królewską moc''.
-Oh..- Nie powiem byłam w szoku. Jednak jestem tą dziewczyną z przepowiedni.
Nazajutrz mnie wypuścili. Nareszcie, dłużej chyba bym z nim nie wytrzymała. Wróciłam do swojego domu. Babcia pozwoliła mi nie chodzić do szkoły. Nie chciałam tam być, wszystkie sępy, by się zleciały. A tego chcę uniknąć. Wolę siedzieć w domu jakoś, to wszystko poukładać. No i oczywiście przygotować się do wyjazdu do nowej szkoły. Normalnie nie mogłam być zwykłą nastolatką co nie? Bo, to zbyt demonstracyjne..eh.
Był wczesny ranek, babcia szykowała śniadanie. Powinnam jej pomóc, ale jakoś nie miałam teraz na, to siły. A, to już cztery dni. Nadal nie pogodziłam się z moim losem. Siedziałam na werandzie, świeże powietrze dobrze mi zrobi. Przyglądałam się drzewom, gdy nagle po prawej stronie moje oko zarejestrowało ruch. Nie.. co znowu. Powoli odwróciłam głowę. Ujrzałam Dava'e. O dziwo nie przeszedł mnie dreszcz. To chyba dobrze prawda?
- Co ty tu robisz?! Wynoś się stąd! - Zażądałam.
- Poczekaj, nie skrzywdzę cię. Chciałem z tobą pogadać. Wiem dlaczego miałaś te dreszcze. Jak widzisz zapobiegłem, im. Proszę wysłuchaj mnie.
- Nie zamierzam ciebie słuchać. Super zapobiegłeś dreszczom. Nic więcej nie muszę wiedzieć.A teraz wynoś się stąd! - pod koniec głos zaczął mi się łamać. Dlaczego? Dla tego, że ochrzanianie ludzi mi nie wychodzi.
- Emily.. proszę. - Złapał mnie za nadgarstek. Jego dotyk był łagodny.. NIE! nie wierz mu! Łzy napłynęły mi do oczu.
- Wynoś się! Bo zawołam babcię! - Zagroziłam.
- Chcę ci tylko wytłumaczyć..
- Babciu! - Babcia zjawiła się, jak na zawołanie.
- Tak? - Zapytała obejmując mnie. Wskazałam palcem na Dave'a.
- Nie przypominam sobie młodzieńcu, żebym cie kiedykolwiek zapraszała.
- Nie, zgadza się.
- A, więc, żegnamy pana.
- Ale ja..
- Ego Placent Tui Et Auxilium Mea Aedificium - Powiedziała moja babcia. W miejscu, w którym stał Dave unosił się prawie niezauważalny dym. Gdzie on jest? Znikł? Odsunęłam się od niej i spojrzałam na nią ze zdziwieniem.
- Spokojnie słonko, teleportowałam go na początek lasu. w tym samym czasie rzucając ochronne zaklęcie. Już ten typ nie będzie Cię męczył. A teraz chodź coś zjesz.- Weszłyśmy z powrotem do domu i zjadłyśmy śniadanie. Po skończonym posiłku poszłam do kuchni umyć naczynia. W tym czasie babcia szykowała się do wyjścia. Gdy już była u wyjścia, przypomniała mi się sprawa ze szkołą.
- Babciu, a co z tą nową szkołą? - zagadałam.
- A co ma być? Wszystko jest załatwione, oczekują cię od przyszłego tygodnia. - Powiedziała spokojnie.
- Tak szybko? - Zdziwiłam się.
- Zagrożenie jest coraz większe, a nie potrafisz jeszcze się odpowiednio bronić.
- A co z Is? Przyjaźnimy się, jest dla mnie jak rodzona siostra. - Babcia spojrzała na mnie z szokiem. Czyżbym powiedziała coś nie tak?
- Będziesz musiała z tym pogodzić. - I wyszła. Ostatnio zauważyłam, że moje życie jest jak domino, jak jedna rzecz się wali, to reszta idzie w jej ślady. Samej strasznie mi się nudziło. Nie miałam co robić, postanowiłam przejrzeć rzeczy znajdujące się na strychu. Może znajdę coś ciekawego. Poszłam na górę, było tam pełno kurzu, wszystko było przykryte starymi płótnami. Szarpnęłam jedno z płócien ze stosu rupieci spadła jedna, tajemnicza książka, prosto przed moimi stopami. Tak właściwie, to, to nie była książka tylko jakiś stary album ze zdjęciami. Jedna z fotografii wypadła z albumu. Podniosłam je i dokładnie obejrzałam. Przedstawiało....

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz