Translate

sobota, 8 marca 2014

Impossible

                                               ROZDZIAŁ VIII


- Znowu się spotykamy. - Usłyszałem za sobą znajomy głos. Odwróciłem się, niestety nie mogłem dostrzec, kto to był, gdyż postać była zakapturzona, ale domyśliłem się, kto to.
- No, ile, to już czasu się nie widzieliśmy? Rok? Dwa? Może więcej? - Mówił, przy czym krążył po pokoju, a ja stałem w miejscu i patrzyłem na najjaśniejszy punkt w pokoju, kominek. Po chwili zapewne zorientował się, na co patrzę, stanął naprzeciw mnie, światło z kominka wyraźnie podkreślało jego czarną pelerynę. Powoli podniósł ręce nad głowę i zdjął kaptur. Stałem oko w oko z Thres'em Cooper'em.
- Pamiętasz co mi kiedyś przysięgałeś? - Przytaknąłem ze spuszczoną głową.
- A pamiętasz co się dzieje z takimi jak ty? Którzy nie dotrzymali danego mi słowa? - Z przerażeniem na niego spojrzałem, Cooper wydawał się być tym rozbawiony.
- Nie musisz się obawiać, przynajmniej nie teraz. Ostatnim razem dałem ci zadanie, nie wykonałeś go.., bardzo mnie tym zawiodłeś, Arthurze. Mógłbym nawet teraz się z tobą rozprawić, ale jesteś mi do czegoś potrzebny..
- Ciekawe do czego. - Prawie warknąłem.
- Masz przywieźć do mnie całą trójkę. - Wytrzeszczyłem oczy. - Myślałeś, że nie wiem? Arthurze, nie jestem głupi, mam przecież ludzi od..
-.. Od szpiegowania mnie? - Prychnąłem.
- Pamiętaj do kogo się zwracasz. A po za tym, przychodząc do mnie wiedziałeś, na co się piszesz, więc twoje oburzenie jest totalnie nie na miejscu. - Kurde, ma mnie w potrzasku i co ja mam zrobić? Zabije mnie, jeśli mu nie pomogę. Ale zabije Emily i Isabell, jeśli mu pomogę.. Nie! Nawet o tym nie myśl! Musi być przecież jakieś inne wyjście prawda? Moje rozmyślenie przerwał mi Thres.
- No dobra, skoro wszystko już sobie wyjaśniliśmy, to nie będę zawracał ci głowy, w końcu musisz zająć się swoim zadaniem. - Uśmiechnął się parszywie, szedł w kierunku wyjścia, ale w ostatniej chwili zawrócił.
- A i masz trzy dni, jeśli w tym czasie nie zobaczę całej trójki, ja osobiście dopilnuję, aby przybyli, a, wtedy własnoręcznie się z tobą rozprawię. - Zarzekł się i wyszedł trzaskając drzwiami. No, to świetnie, wszyscy jesteśmy w czarnej dupie. Tylko co ja mam zrobić? W sumie, to i tak jakbym ich tam nie przyprowadził oni prędzej, czy później, by nas dorwali, a, wtedy tak, czy siak bylibyśmy martwi. Musi być jakieś inne wyjście..Nie no, w sumie, to nie ma innego wyjścia. Tylko, po co mu Dave? Przecież nigdy mu na, nim nie zależało, fakt faktem jest jego wujem, ale do tej pory nie robił nic, żeby dać mu, chociaż namiastkę tego, że są rodziną. Co on chce od tego dzieciaka? Mógłbym wyliczać tak w nieskończoność, ale mus, to mus trzeba w końcu wrócić.Z powrotem teleportowałem się do domu.
* W tym samym czasie, oczami Emily*
Ktoś krzyknął z kołu, przestraszona zbiegłam po schodach na dół i rozglądałam się po całym salonie. Kto to? Nikogo nie ma.
- Coś się stało? - Ktoś położył mi rękę na ramieniu.
- Aaaa!- Wrzasnęłam bezmyślnie, odwróciłam się i spojrzałam wściekła na rozbawionego Dave'a, ten podniósł ręce do góry w geście '' Rączki przy sobie''
- Czemu się tak czaisz? - Wytknęłam mu.
- Wcale się nie czaję, przyszedłem tylko na kolację. - Ręką wskazał blat, na którym stała szklana butelka z czerwoną zawartością, krew. Zrobiło mi się niedobrze i chyba, to zauważył, bo dodał. - Nie martw się to nie jest ludzka krew, tylko zwierzęca. - Powiedział na swoją obronę, a ja spojrzałam na niego spode łba. - A ty, po co tu przyszłaś?
- Usłyszałam, że ktoś krzyczy..- Przerwał mi.
- To Arthur pojechał po wasze rzeczy. - Wyjaśnił mi.
- A co będzie dalej? Przecież nie możemy ciągle zawracać wam głowy. Po za tym dom rodziców stoi i niszczeje, możemy z Is tam zamieszkać.
- To zbyt niebezpieczne, dopiero co chcieli was porwać, teraz pewnie się tam kręcą wampiry. Nie będziemy ryzykować, zostaniecie u nas.
- Na stałe? - Spytałam z po wątpieniem.
- Jeśli chcesz..- Arogancko się uśmiechnął. Głupi myśli, że dam się nabrać na jego żałosne filtry. Może inne tak reagowały, ale na pewno nie ja..
- Czemu się zarumieniłaś? - Na jego twarzy pojawił się bezczelny uśmiech. - To przeze mnie?
- Przestań już suszyć zęby co? - Zirytowana zakryłam twarz rękoma i poszłam do kuchni, zaczęłam wyciągać produkty potrzebne do robienia kanapek..
- Co robisz? - Spytał Dave siedział teraz na blacie, dokładnie za moimi plecami w ręce trzymał butelkę z krwią którą co jakiś czas pił. Miał od niej soczyście czerwone usta.
- Kolację, jaki widzisz, jak też muszę się w końcu posilić. - Obierałam w tym momencie pomidora ze skóry, aż zachciało mi się rzucić, nim w Dave..
- Mhm.., pomogę ci. - Zgrabnie zeskoczył i pomagał mi w przygotowaniu kanapek, niby nic dziwnego, gdyby nie to , że kroił warzywa obejmując mnie w pasie. Skrępowana wzruszyłam ramionami i opuściłam ręce w dół. On, za to przybliżył się jeszcze bliżej, tak, że czułam jego ciepły oddech na karku.Instynktownie odchyliłam głowę do tyłu tak, że teraz jego broda opierała się na moim ramieniu. Musnął ustami moją szyję..
- Eee, to ja wam nie będę przerywać..- W drzwiach stała speszona Is i wpatrywała się w nas w osłupieniu. To przywróciło mnie do rzeczywistości. Odsunęłam się , jak oparzona od Dave'a. Rany, miałam o, nim zapomnieć! Boże, co się ze mną dzieje?!Chciała już wyjść, ale ja pobiegłam do niej i przytrzymałam nie chcąc, by wyszła. Rany, co ona sobie musiała pomyśleć, zastając nas w takiej sytuacji? Spojrzała na mnie spode łba, po czym wybuchła niekontrolowanym śmiechem.
- Żałuj, że nie możesz zobaczyć swojej miny. - Ciągle rechotała, miałam wrażenie, że jeszcze chwila, a padnie na ziemie i zacznie się turlać.
- Przyszłaś tutaj się ze mnie ponabijać..?-
- W sumie, to przyszłam przeprosić..- Zawiesiła się. Podeszła do Dave'a i wyciągnęła do niego rękę na znak zgody. - Wiem, że źle zrobiłam oceniając cię zbyt pochopnie, przepraszam cię, za to.- Uścisnęli sobie dłonie. Z racji, iż Is nigdy nie przepraszała miała trochę nietęgą minę, ale przez ułamek sekundy w jej oczach dostrzegłam skruchę.
- Przeprosiny przyjęte.
Następną godzinę rozmawialiśmy przy stole i zajadaliśmy kanapki. Naturalnie Dave miał swój specjał.
- W sumie, to, dlaczego Arthur tak długo nie wraca? - Zagadałam.
- Mi też wydaje się to dziwne, zawsze..- Zawiesił się, gdyż ktoś wszedł do środka. Jak się okazało był, to Arthur z naszymi rzeczami. Wydawał się być zdenerwowany, a jego twarz była biała jak pergamin. Z wielkiego wora zaczął wyjmować nasze rzeczy. Co dziwne zabrał ze sobą krzesło od toaletki Is, a mówi się to torebka kobiety jest jak czarna dziura..
- Nic ci nie jest, Artur? - Spytał się go Dave, nic nie odpowiedział tylko dalej wyjmował rzeczy. - Artur! - Przestraszony upuścił moją kosmetyczkę. Na szczęście, że nie Is..
- Wszystko jest w jak najlepszym porządku, o co ci chodzi? - Przy ostatnich słowach się za jąkał.
- Skoro tak uważasz..- Powiedział zrezygnowany Dave. Każdy szedł już do swoich pokoi.
- Właśnie, chciałem wam coś powiedzieć..- Zagadał w ostatniej chwili Arthur. - Jak byłem po wasze rzeczy w okolicy wyczułem obecność wampirów.., musicie pojechać w końcu do szkoły, tam będziecie bezpieczni, a co najważniejsze twoja moc Isabell będzie się mogła uaktywnić.
- A co ze mną..? - Spytał Dave.
- Możesz z nami jechać.
-Kiedy mamy tam pojechać? - Spytałam.
-Macie się stawić w ciągu 3 dni. - Każdy poszedł do siebie. Weszłam do pokoju i nie przebierając się w piżamę padłam na łóżko. Eh..w sumie, to nawet nie muszę się rozpakowywać, zrobię to, jak będziemy na miejscu. Ciekawie jak tam będzie, może poznam kogoś fajnego? Nie wiedzieć czemu przed oczami stanęła mi twarz Dave'a. Rany, co się ze mną dzieje? Nie mogę myśleć o wrogu. Nie mogę. Stop. To nie jest mój wróg. Ale powinien, nim być.Odezwał się cichutki głos w moje głowie. Nie, no zwariuję. Poszłam do łazienki i przemyłam twarz zimną wodą, spojrzałam w lustro. Wszystko we mnie było takie same. Oczy, nos, usta, policzki. Wszystko. A, jednak coś się zmieniło, odkąd dowiedziałam się prawdy. Jakaś część mnie zmieniła się nieodwracalnie. Stałam się..nieufna? Tak, to chyba, to. Gdy już się odświeżyłam poszłam do pokoju oczywiście jak to ja zapomniałam piżamy i musiałam paradować w samych koronkowych figach i staniku.
- Cholera, gdzie jest ta przeklęta piżama?! - Przeklęłam pod nosem. *Puk, Puk* To pewnie Is, przyszła jak zawsze pogadać. - Wchodź!- Krzyknęłam bezmyślnie, odwrócona tyłem do drzwi, dalej szukałam w stosie z moimi rzeczami piżamy.
-Fiu Fiu - Zagwizdał ktoś. No, nie, nie mówcie mi, że to..- Jak dla mnie możesz tak zawsze się ubierać. - Odwróciłam się, za mną stał Dave, z bezczelnym uśmieszkiem na twarzy. Skrępowana wzięłam najbliższą bluzkę i założyłam ją z prędkością światła. On, jednak dalej lustrował każdy centymetr mojego ciała.
- Potrzebujesz większej miary? - Prawie warknęłam. - Po raz kolejny pytam. Po co tu przyszedłeś?
- Nie wydaje ci się to wszystko dziwne? - Usiadł na łóżku, zrezygnowana poszłam w jego krok.
- Co na przykład?
- Arthur wrócił dzisiaj taki zdenerwowany.., nie wydaje ci się dziwne, że od razu wyskoczył ze szkołą? Dom jest całkowicie bezpieczny, zabezpieczał go tymi wszystkimi czarami.. nikt poza, nim nie jest w stanie obalić takie zaklęcia.
-Niby tak, a co z Is? W tej szkole ma rozwinąć swoją moc..
-Arthur równie dobrze może ją tego wszystkiego nauczyć. Nie wiem, co o tym myśleć. Poszperam w papierach, może coś znajdę..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz