ROZDZIAŁ IX
Część II
- Uciekajcie, to pułapka! - Słyszę głos Dave'a, który niesie się echem po przerażająco ciemnej sali. Nagle zapalają się pochodnie, oświetlając przy tym całe majestatyczne pomieszczenie.Czyjeś ręce nagle oplatają mnie w tali, zaciskając się przy tym niemiłosiernie i pozbawiając mnie tchu. Szarpię się, próbuję uciec, ale ręce wokół mojej tali zaciskają się tylko coraz, to mocniej.Słyszę przeraźliwy krzyk Is, sama też mam ochotę krzyknąć. Dave'a ze względu na jego siłę trzyma aż trzech mężczyzn, tak jak ja i Is próbuje uciekać, ale niezbyt mu, to wychodzi. O co tu chodzi?! Nagle zza rogu wychodzi Arthur przytrzymywany, tak jak my wszyscy przez jakiegoś dryblasa. Czemu nic z tym nie robi? Czemu daje się tak pomiatać? Za nimi pojawiają się kolejne postacie, jedną z nich jest moja "babcia", obok niej idzie jakiś mężczyzna ma czarne włosy, jest przeraźliwie blady i poważny, tak jak i wszyscy znajdujący się w tym pomieszczeniu.
-Emily, co tu się dzieje? O co chodzi? - Krzyczy przerażona Is. Chcę jej odpowiedzieć, ale ktoś zasłonił mi usta ręką pozbawiając mnie dopływu powietrza. Podchodzi bliżej i kieruje się w stronę Arthura.
-Dobra robota Arthurze, szybko się uwinąłeś. A teraz..nie będziesz mi już potrzebny. - Znów machnął ręką, a człowiek, który go trzymał dźgnął go mieczem w brzuch. Arthur jęknął z bólu i padł na posadzkę. Spod ciała wydobyła się ciemna krew. W jego oczach dostrzegłam zaskoczenie pomieszane z przerażeniem i strachem. Zaczerpnął powietrza, a potem zamknął oczy i już się nie ruszał. Czy, to znaczy, że nie żyje? Wydałam z siebie zduszony krzyk. "Władca" tego zamku zaczął iść w moją i Is stronę. Zatrzymał się parę kroków dalej i uśmiechnął się.
-Nareszcie, magiczne bliźniaczki. Mające moc na tyle potężną, aby zniszczyć wampiry. Są w mojej pułapce i to ja przejmę ich moc.-Pułapka, Arthur nas wydał? Nie wierzę. Podszedł w stronę Dave'a już trochę bliżej. Stanął z, nim twarzą w twarz.
- A ty mój bratanku. Także zostaniesz zniszczony, bo przecież nie mogę pozwolić byś popsuł moje plany. Albo pozbawił tronu. - Zaśmiał się władczo.
-O czym ty mówisz?! Nie znam cię, ale wiem jedno, że ci się nie uda.
-Już mi się udaje. Jesteście pod moją władzą na moim terenie. Moi poddani zrobią wszystko, co, im rozkażę.-Przypatrywałam się tej wymianie zdań i czułam jak rośnie we mnie złość. Dave zdawał tez już nie wytrzymać, zaatakowałby. Ja też bym, to zrobiła, nie chce stracić mocy i jego, a co najwyżej sama umrzeć. Chwila, czy mi na, nim zależy? Co, jeśli tak, jeśli go pragnę. Nie mogę, to nie wypali. Próbowałam dalej się wyrwać. Ale, to było jak walka z wiatrakami. Chwila, a co z moją mocą? Zastygłam, zamknęłam oczy i skupiłam się na znakach i na tym, że potrzebuje się uwolnić, zadać wrogowi ból. Przeszedł mnie dreszcz, a potem usłyszałam grzmot i huk. Przecież jeszcze nic nie zrobiłam. Otworzyłam szybko oczy i zobaczyłam co się stało. Wszyscy leżeli na podłodze, a dookoła nich tynk. W plecy wiało mi zimny wiatr. Od wróciłam się i ujrzałam dziurę w ścianie. Obok mnie stała jedynie Is oglądająca swoje dłonie. Jej moc się uaktywniła, to wspaniałe. Ale za długo ta satysfakcja nie trwała. Wampiry, Edith i Dave poderwali się szybko. Nastawili kły, ich oczy zaszły się czerwienią. Dave zaczął działaś i rozbrajać jednego po drugim. Więc wszyscy skupili się na, nim.
-Zostawcie go! Brać dziewczyny! Ja się, nim zajmę!-Wykrzyczał wuj Dave, kiedy biegłyśmy do ciała Arthura. Oddychał, ale ledwo co.-Edith! Może ty się nimi zajmij! Przydaj się ma coś!-Rozkazywał dalej. Edith zaczęła do nas biec i strzelać czarami na wszystkie strony. Chciałyśmy zabrać Arthura, ale ona nam, to utrudniała, na szczęście żadna nie dostała zaklęciem. Stanęłyśmy do walki i też powyrzucałyśmy parę strumieni i to celnie. Ale tych wszystkich wampirów było coraz więcej i powoli nie dawałyśmy rady.
-Z-złączcie swoje ręce...-Szepnął, ledwo na wpół martwy Arthur. Zrobiłyśmy jak kazał i nagle między nami powstała silna nie przerywalna więź, zaczęły oplatać nas strumienie różnokolorowych iskierek, gdy całkiem zniknęły zaczęłyśmy rzucać zaklęciami nie zastanawiając się nawet, jaki skutek przyniosą, myślałyśmy tylko o tym, żeby przeżyć. Obok nas, gdy wampirów było już mniej stanął Dave.
-Musicie uciekać. Dam redę, on mnie nie zabije, jestem pewien, a nawet, jeśli, to nic, ważne żebyście żyły.-Powiedział.
-Nie zostawimy cię, a już na pewno nie ja, nie wybaczyłabym sobie, gdyby ci się coś stało..- Powiedziałam, to nagłos? Nie ważne.
-Macie uciekać!!- Krzyknął i, po czym, ledwie uniknął kolejnego ciosu zadanego przez wampira. Speszona pobiegłam do Is i szarpnęłam ją, chwilę później wyszłyśmy przez dziurę w ścianie i byłyśmy już na zewnątrz.Biegłyśmy w totalnych ciemnościach, jak najdalej się dało. Biegłam, dopóki zabrakło mi tchu. Zatrzymałam się i oparłam o drzewo.
-Is, stój muszę złapać oddech...Is..-Nikogo oprócz mnie nie było. Obejrzałam się dookoła i nigdzie jej nie było. Zgubiłam ją, musiałyśmy się rozdzielić.
-Is?!-Zawołałam, ale nikt mi nie odpowiedział.Usiadłam za drzewem i czekałam uspokajając oddech. Poczułam coś wilgotnego na zarumienionym policzku, woda? Z czasem kropel przybywało zamieniając się w porządny deszcz, a tym samym zamieniając piach na moim ubraniu w błoto. Nagle usłyszałam za sobą łamanie się gałęzi. Próbuję uspokoić swój przyśpieszony oddech, bez jakiegokolwiek skutku. Słyszę czyjeś kroki, są coraz bliżej i bliżej, ktoś bierze mnie za ramiona i unosi do góry, a następnie rzuca mną o drzewo jak szmacianą lalką, osuwam się po korze w dół. Czuje rozchodzący się po moim ciele ból. Obraz zaczyna mi się rozmywać, ale, mimo to walczę, by pozostać przytomna...
Część II
- Uciekajcie, to pułapka! - Słyszę głos Dave'a, który niesie się echem po przerażająco ciemnej sali. Nagle zapalają się pochodnie, oświetlając przy tym całe majestatyczne pomieszczenie.Czyjeś ręce nagle oplatają mnie w tali, zaciskając się przy tym niemiłosiernie i pozbawiając mnie tchu. Szarpię się, próbuję uciec, ale ręce wokół mojej tali zaciskają się tylko coraz, to mocniej.Słyszę przeraźliwy krzyk Is, sama też mam ochotę krzyknąć. Dave'a ze względu na jego siłę trzyma aż trzech mężczyzn, tak jak ja i Is próbuje uciekać, ale niezbyt mu, to wychodzi. O co tu chodzi?! Nagle zza rogu wychodzi Arthur przytrzymywany, tak jak my wszyscy przez jakiegoś dryblasa. Czemu nic z tym nie robi? Czemu daje się tak pomiatać? Za nimi pojawiają się kolejne postacie, jedną z nich jest moja "babcia", obok niej idzie jakiś mężczyzna ma czarne włosy, jest przeraźliwie blady i poważny, tak jak i wszyscy znajdujący się w tym pomieszczeniu.
-Emily, co tu się dzieje? O co chodzi? - Krzyczy przerażona Is. Chcę jej odpowiedzieć, ale ktoś zasłonił mi usta ręką pozbawiając mnie dopływu powietrza. Podchodzi bliżej i kieruje się w stronę Arthura.
-Dobra robota Arthurze, szybko się uwinąłeś. A teraz..nie będziesz mi już potrzebny. - Znów machnął ręką, a człowiek, który go trzymał dźgnął go mieczem w brzuch. Arthur jęknął z bólu i padł na posadzkę. Spod ciała wydobyła się ciemna krew. W jego oczach dostrzegłam zaskoczenie pomieszane z przerażeniem i strachem. Zaczerpnął powietrza, a potem zamknął oczy i już się nie ruszał. Czy, to znaczy, że nie żyje? Wydałam z siebie zduszony krzyk. "Władca" tego zamku zaczął iść w moją i Is stronę. Zatrzymał się parę kroków dalej i uśmiechnął się.
-Nareszcie, magiczne bliźniaczki. Mające moc na tyle potężną, aby zniszczyć wampiry. Są w mojej pułapce i to ja przejmę ich moc.-Pułapka, Arthur nas wydał? Nie wierzę. Podszedł w stronę Dave'a już trochę bliżej. Stanął z, nim twarzą w twarz.
- A ty mój bratanku. Także zostaniesz zniszczony, bo przecież nie mogę pozwolić byś popsuł moje plany. Albo pozbawił tronu. - Zaśmiał się władczo.
-O czym ty mówisz?! Nie znam cię, ale wiem jedno, że ci się nie uda.
-Już mi się udaje. Jesteście pod moją władzą na moim terenie. Moi poddani zrobią wszystko, co, im rozkażę.-Przypatrywałam się tej wymianie zdań i czułam jak rośnie we mnie złość. Dave zdawał tez już nie wytrzymać, zaatakowałby. Ja też bym, to zrobiła, nie chce stracić mocy i jego, a co najwyżej sama umrzeć. Chwila, czy mi na, nim zależy? Co, jeśli tak, jeśli go pragnę. Nie mogę, to nie wypali. Próbowałam dalej się wyrwać. Ale, to było jak walka z wiatrakami. Chwila, a co z moją mocą? Zastygłam, zamknęłam oczy i skupiłam się na znakach i na tym, że potrzebuje się uwolnić, zadać wrogowi ból. Przeszedł mnie dreszcz, a potem usłyszałam grzmot i huk. Przecież jeszcze nic nie zrobiłam. Otworzyłam szybko oczy i zobaczyłam co się stało. Wszyscy leżeli na podłodze, a dookoła nich tynk. W plecy wiało mi zimny wiatr. Od wróciłam się i ujrzałam dziurę w ścianie. Obok mnie stała jedynie Is oglądająca swoje dłonie. Jej moc się uaktywniła, to wspaniałe. Ale za długo ta satysfakcja nie trwała. Wampiry, Edith i Dave poderwali się szybko. Nastawili kły, ich oczy zaszły się czerwienią. Dave zaczął działaś i rozbrajać jednego po drugim. Więc wszyscy skupili się na, nim.
-Zostawcie go! Brać dziewczyny! Ja się, nim zajmę!-Wykrzyczał wuj Dave, kiedy biegłyśmy do ciała Arthura. Oddychał, ale ledwo co.-Edith! Może ty się nimi zajmij! Przydaj się ma coś!-Rozkazywał dalej. Edith zaczęła do nas biec i strzelać czarami na wszystkie strony. Chciałyśmy zabrać Arthura, ale ona nam, to utrudniała, na szczęście żadna nie dostała zaklęciem. Stanęłyśmy do walki i też powyrzucałyśmy parę strumieni i to celnie. Ale tych wszystkich wampirów było coraz więcej i powoli nie dawałyśmy rady.
-Z-złączcie swoje ręce...-Szepnął, ledwo na wpół martwy Arthur. Zrobiłyśmy jak kazał i nagle między nami powstała silna nie przerywalna więź, zaczęły oplatać nas strumienie różnokolorowych iskierek, gdy całkiem zniknęły zaczęłyśmy rzucać zaklęciami nie zastanawiając się nawet, jaki skutek przyniosą, myślałyśmy tylko o tym, żeby przeżyć. Obok nas, gdy wampirów było już mniej stanął Dave.
-Musicie uciekać. Dam redę, on mnie nie zabije, jestem pewien, a nawet, jeśli, to nic, ważne żebyście żyły.-Powiedział.
-Nie zostawimy cię, a już na pewno nie ja, nie wybaczyłabym sobie, gdyby ci się coś stało..- Powiedziałam, to nagłos? Nie ważne.
-Macie uciekać!!- Krzyknął i, po czym, ledwie uniknął kolejnego ciosu zadanego przez wampira. Speszona pobiegłam do Is i szarpnęłam ją, chwilę później wyszłyśmy przez dziurę w ścianie i byłyśmy już na zewnątrz.Biegłyśmy w totalnych ciemnościach, jak najdalej się dało. Biegłam, dopóki zabrakło mi tchu. Zatrzymałam się i oparłam o drzewo.
-Is, stój muszę złapać oddech...Is..-Nikogo oprócz mnie nie było. Obejrzałam się dookoła i nigdzie jej nie było. Zgubiłam ją, musiałyśmy się rozdzielić.
-Is?!-Zawołałam, ale nikt mi nie odpowiedział.Usiadłam za drzewem i czekałam uspokajając oddech. Poczułam coś wilgotnego na zarumienionym policzku, woda? Z czasem kropel przybywało zamieniając się w porządny deszcz, a tym samym zamieniając piach na moim ubraniu w błoto. Nagle usłyszałam za sobą łamanie się gałęzi. Próbuję uspokoić swój przyśpieszony oddech, bez jakiegokolwiek skutku. Słyszę czyjeś kroki, są coraz bliżej i bliżej, ktoś bierze mnie za ramiona i unosi do góry, a następnie rzuca mną o drzewo jak szmacianą lalką, osuwam się po korze w dół. Czuje rozchodzący się po moim ciele ból. Obraz zaczyna mi się rozmywać, ale, mimo to walczę, by pozostać przytomna...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz